czwartek, 11 maja 2017

Ogień (cz. 1) - religijne wykorzystanie ognia



Postanowiłem podjąć ten temat, ale od razu zauważyłem, że to nie będzie takie proste. Pisać o ogniu to jak rozniecać ogień – trzeba być ostrożnym, bo może się niepostrzeżenie rozprzestrzenić. Może pomóc, ale niekontrolowany może szkodzić. Nie jest łatwo pisać o ogniu, bo zamiast dać światło, może poparzyć. Stąd też nie jest możliwe napisać jednego wyczerpującego rozważania. Będzie ich kilka, ale każde poszczególne (mam przynajmniej takie nieodparte wrażenie) będzie zaledwie iskierką tego, co można by o ogniu na podstawie Biblii powiedzieć. Liczę jednak na ogień Ducha Świętego, na ten sam ognisty język, który był nad Apostołami w Dniu Pięćdziesiątnicy, abym mógł w zrozumiałym języku przedstawić, jak patrzeć na temat ognia w Piśmie Świętym.

Pierwszym moim odkryciem na temat ognia jest to, że pierwszorzędnie powinien kojarzyć się z Bogiem, a mam wrażenie, że jest zupełnie inaczej. Zapytałem nawet kiedyś pewną osobę: „powiem tobie o jednej rzeczy, a ty spontanicznie powiedz, czy kojarzy się tobie dobrze czy źle. Zastrzegam, że najważniejsza jest twoja pierwsza reakcja – ta najbardziej spontaniczna”. Kiedy powiedziałem mu o ogniu – to reakcja była: „piekło”. Nie wiem czy twoja byłaby podobna… ciężko to sprawdzić. Możesz spróbować sobie przypomnieć ten moment, gdy czytałeś tytuł tego rozważania. Myśli spontaniczne, nasze nagłe reakcje dużo o nas mówią. Są subtelne, a przekazują ważne treści – to tak na marginesie.
Wracając jednak do ognia – powinien on naturalnie kojarzyć się z Bogiem. Dlaczego więc jest wielokrotnie zupełnie inaczej? Przypomniałem sobie wtedy słowa świętego Pawła, który napisał, że diabeł pokazuje się często jako anioł światłości. Co to znaczy? Że małpuje to co święte po to, żeby nas okłamać. Tak samo zmałpował ten symbol, który odnosi nas do Boga. Tak samo zmałpował ten żywioł, który niesie ze sobą wiele Bożych i świętych odniesień i znaczeń.
Od zawsze żywioł ognia był kojarzony z Bogiem. Nie tak jednak, jak pojmowała to filozofia grecka czy religie wschodu, nawet utożsamiając z żywiołem ognia bóstwo. Żywioł ten ma boskie pochodzenie, ponieważ Bóg jest stwórcą tego świata, ale nie jest bogiem. Ogień znalazł więc również religijne zastosowanie, które przetrwało do dzisiaj w chrześcijaństwie, ale tylko w kilku aspektach.
W judaizmie, z którego wyrasta chrześcijaństwo, ogień miał szerokie, religijne zastosowanie. Stanowiło po pierwsze narzędzie rytualnego oczyszczenia. W Księdze Liczb czytamy wskazanie od Pana Boga: „złoto, srebro, miedź, żelazo, cynę, ołów i w ogóle wszystko, czego ogień nie zniszczy, przeprowadzicie przez ogień, aby stało się czyste; ale tylko woda oczyszczenia (służy do usuwania nieczystości spowodowanej dotknięciem zwłok) usunie nieczystość. Czego zaś nie można kłaść do ognia, przeprowadzicie przez wodę” (Lb 31, 22-23). Ogień i woda – choć są wykluczającymi się żywiołami, tutaj mają podobne zastosowanie. Oba mają za zadanie oczyszczać. Ogień miał oczyszczać to, czego nie był w stanie spalić. Pewnie dlatego w chrzcie, choć zewnętrznie oczyszcza nas woda, spełniają się słowa Jana Chrzciciela: „On was chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem” (Mt 3, 11). Ogień spala ciało z wielką łatwością, ale nie jest w stanie spalić niewidzialnej duszy. Dlatego nasza dusza oczyszczona zostaje tajemniczym i niewidzialnym ogniem samego Boga. Żydzi nie mogli mieć żadnego kontaktu z tym, co zanieczyszczone. Dlatego, kiedy w ogniu oczyścili to, co wymagało oczyszczenia, mogli mieć z tym bliski kontakt. W przytoczonym fragmencie z Księgi Liczb chodziło o łup zdobyty na wojnie. Bogu chodzi o coś więcej – o nasze dusze zdobyte w walce z grzechem pierworodnym i sprawcą tego grzechu - szatanem. Dlatego oczyszcza nas tajemniczym ogniem we chrzcie, aby móc mieć z nami bliski i intymny kontakt; aby móc nas dotykać jako oczyszczone dzieci Boże – zewnętrznie przez wodę, a wewnętrznie przez Boży, niewidzialny ogień.
Żydzi – jak czytamy wielokrotnie w Piśmie Świętym – składali ofiary. Od samego początku używali do tego ognia. Ofiary były spalane na ołtarzu. Niektóre z nich nosiły nawet szczególną nazwę – „ofiary całopalne”. Składane były głównie ze zwierząt, które były spalane na ołtarzu, ale nie tylko. Tak czytamy na przykład w Księdze Kapłańskiej na temat ofiary pokarmowej: „potem przyniesie ją do kapłanów, synów Aarona. Kapłan weźmie pełną garść najczystszej mąki razem z oliwą i z całym kadzidłem i zamieni w dym na ołtarzu jako pamiątką, jako ofiarę spalaną, woń miłą Panu” (Kpł 2, 2). Ogień nie stanowi tutaj tylko zwyczajnego narzędzia. Był on bardzo symboliczny. Oznaczał między innymi Boże pragnienie zniszczenia grzechu. Wiele bowiem spośród wszystkich ofiar było składanych właśnie w tym celu – aby uprosić odpuszczenie grzechów. Ważne również było to, co ogień powodował – unosiła się przy ofierze „woń miła Panu”. To zapewne nasza ludzka próba oddania tego, że Pan Bóg reaguje na to, co mu ofiarujemy. Reaguje jak kobieta, która otrzymała pachnące kwiaty; jak piekarz wyciągający świeżo upieczony i pachnący chleb; jak solenizant cieszący się pięknie pachnącymi perfumami otrzymanymi w prezencie od przyjaciela. Bóg reaguje na woń ofiar, którą składał Mu Naród Wybrany. Choć były niedoskonałe, to były przez Niego przyjmowane… do czasu. Przyszedł bowiem moment, kiedy sam postanowił udoskonalić te wszystkie ofiary. Nie było nic takiego na ziemi, co mogłoby Boga ostatecznie zadowolić, dlatego ofiarował samego siebie w Jezusie Chrystusie. To On jest jedyną, najdoskonalszą ofiarą, która wydaje piękną woń. Bardzo głęboką interpretację podaje nam w tym względzie autor Listu do Hebrajczyków a zwłaszcza w 10. rozdziale. Nie bez powodu mówimy, że ktoś spala się dla innych, to znaczy poświęca się, oddaje do pełnej dyspozycji całego siebie. Jezus spalił się na krzyżu. Pozwolił na to, by pochłonął go ogień pokonujący w nas panowanie grzechu i śmierci.
Oprócz odpuszczania grzechów ogień spalający ofiarę miał również wymiar oczyszczający. Mistyczną wizją, o której czytamy u proroka Izajasza, dostrzegamy go bardzo klarownie: „Wówczas przyleciał do mnie jeden z serafinów, trzymając w ręce węgiel, który szczypcami wziął z ołtarza. Dotknął nim ust moich i rzekł: «Oto dotknęło to twoich warg, twoja wina jest zmazana, zgładzony twój grzech»” (Iz 6, 6-7). Mamy tutaj oczywiście odniesienie do tego, o czym napisałem wyżej. Jednak reakcja anioła wynikła z tego, że Izajasz powiedział o sobie: „Biada mi! Jestem zgubiony! Wszak jestem mężem o nieczystych wargach (…)” (Iz 6, 5). Anioł oczyszcza jego wargi węglem, który niósł w szczypcach z ołtarza. Skoro w szczypcach to musiał być rozżarzony. Skoro był rozżarzony, to właśnie przez ogień. Anioł uczynił to po to, aby przekazywał słowa Boże i dlatego potem na Izajasz odpowiada na prośbę Pana Boga, który potrzebuje posłać do grzesznego ludu jakiegoś proroka.
Powróćmy jeszcze na chwilę do owej przyjemnej woni, którą ofiara miała powodować Bożą przychylność. Nie o zapach tutaj tylko chodzi. Podczas spalania unosił się również w efekcie dym. Jego ruch ku górze – to symbol modlitw, które ludzie zanosili do nieba, gdzie przebywał Pan Bóg. Tak jak napisał w swojej mistycznej wizji święty Jan Apostoł: „I wzniósł się dym kadzideł z modlitwami świętych - z ręki anioła przed Boga” (Ap 8, 4). Dym z kadzidła wydobywał się z powodu ognia, który spalał węgle i ten dym wznosił się. Dochodzi tam, gdzie my jeszcze dojść nie możemy. Tego symbolu używamy do dzisiaj w naszych kościołach. Za każdym razem, gdy używane jest kadzidło, to wyczuwalny jest zapach i widoczny dym. Co prawda nieraz dym powoduje zawroty głowy, kaszel i inne nieprzyjemności. Pozostaje jednak bardzo wymownym symbolem naszej modlitwy. Symbolem, który oddziałuje na nasze zmysły. Dlatego jest on bardzo istotny i pomocny w przeżywaniu każdej liturgii i wspólnej modlitwy. Dlatego okadzany jest Najświętszy Sakrament, ołtarz, Ewangeliarz, krzyż, kapłan i cały lud. To symbol modlitwy i adoracyjnej czci, jaką pragniemy wyrazić Bogu widzialny i biblijny sposób.
Izraelici otrzymali jeszcze od Boga bardzo ważne wskazanie dotyczące ognia, którym spalano ofiary. Nie był to ogień taki, jak każdy. Ten ogień płonący na ołtarzu był święty. Dlatego też Bóg nakazał: „Ogień nieustanny będzie płonął na ołtarzu – nigdy nie wygaśnie!” (Kpł 6, 2-6). O ten ogień mieli troszczyć się kapłani. Mieli zadbać, aby nigdy nie wygasł. Dlaczego? Ten ogień stanowił dla Narodu Wybranego inny, bardzo ważny znak – Bożej obecności w Izraelu. O tę obecność trzeba dbać, aby nie wygasła! Zewnętrznym wyrazem tej troski była opieka nad świętym ogniem płonącym na ołtarzu ofiarniczym. Z pewnością dlatego współcześnie w kościołach katolickich znajdujemy tzw. wieczną lampkę. Zanim rozwinęła się technika elektryczna, przy tabernakulach stawiano świece albo lampki oliwne. Trzeba było również dbać o to, aby nie zgasły, ponieważ dawały sygnał wszystkim przebywającym w świątyni – pośród nas jest Bóg, to jest święta przestrzeń!
Jest jedna misyjna historia oblacka, która opisuję pracę misjonarską wśród Eskimosów na północy Kanady. Jeden z misjonarzy napisał prośbę do papieża, aby zwolnił ich z obowiązku wiecznej lampki przy Najświętszym Sakramencie. Prawo kościelne bardzo pilnowało tego obowiązku. Papież jednak zezwolił na to, ponieważ w liście misjonarz napisał z wielką wrażliwością, że bez Jezusa w Najświętszym Sakramencie oni po prostu nie dadzą rady wytrzymać na misjach. Z symbolem ognia czy bez niego – to Jezus w Najświętszym Sakramencie był dla nich najważniejszy i Jego chcieli mieć przy sobie.
Ten ogień to faktycznie symbol, ale bardzo wymowny. Stąd też warto na niego zwracać szczególną uwagę, aby uświadamiać sobie Bożą obecność. Ważniejsze jest jednak coś innego! Ważniejsze jest to, aby ogień Bożej obecności płonął na ołtarzu naszego życia. Nieważne czy jesteśmy blisko wiecznej lampki, płonącej przy tabernakulum, czy też nie. Ważne jest czy we mnie jest ogień Bożej obecności; czy nie jest przygaszony przez złe nawyki, zaniedbania i grzechy; czy czasem już zaczyna się ledwo tlić, aby w efekcie niebawem zgasnąć. O ten ogień trzeba nam troszczyć się ze szczególną wrażliwością, bo bez tego nie wytrwamy w wierze, nadziei i miłości.
Jak wspomniałem na początku ogień powinien nam się kojarzyć z Bogiem. Tymczasem ten piękny i wymowny symbol, wykorzystywany w religijności od dawna, został przez szatana zmałpowany. Ujawniło się to już pośród Izraelitów w tzw. kulcie bożka Molocha. Nazwa tego bożka pochodzi z języka hebrajskiego i oznacza król. To nim wielokrotnie Izraelici zastępowali jedynego Boga, który wyprowadził ich z ziemi egipskiej. Nawet królowie izraelscy, którzy mieli czuwać nad wiarą Narodu Wybranego, składali ofiary Molochowi (np. król Achaz czy też Manasses – 2Krl 16, 3; 2Krl 21, 6). Ten kult miał ohydną formę wyrazu. Otóż składano w ofierze własne dzieci. Były dwa prawdopodobne sposoby ofiary: pierwszy - rozgrzewano posąg przedstawiający Molocha (najprawdopodobniej postać byka zmieszana z człowiekiem) do czerwoności i na dłoniach kładziono noworodki lub małe dzieci, aby na nich spłonęły. Drugi – był specjalny ołtarz, na którym płonął ogień i kładziono na ten ołtarz dzieci w ofierze. Samo wyobrażenie budzi wstręt i niedowierzanie, ale człowiek był do tego zdolny i tak podaje Pismo Święte w przytoczonych wyżej fragmentach dotyczących Achaza lub Manassesa. Opisuje się tę ofiarę dość eufemistycznie podając sformułowanie „przejście przez ogień”. Rzeczywistość była jednak bardziej brutalna. Dlatego też prawo Izraela surowo tego zabraniało: „Nie będziesz dawał swego dziecka, aby było przeprowadzone przez ogień dla Molocha, nie będziesz w ten sposób bezcześcił imienia Boga swojego. Ja jestem Pan!” (Kpł 18, 21; Pwt 18, 10). Karą za kult Molocha była śmierć przez ukamienowanie (Kpł 20, 2). Jeremiasz przekazuje słowa od Pana Boga, że nigdy nie nakazał takiego kultu ani nawet Mu na myśl nie przyszło, aby Izraelici wrzucali do ofiarnego ognia własne dzieci (zob. Jr 7, 31). Dlatego też jeden z królów Izraelskich, Jozjasz przerwał w końcu ten haniebny ciąg i zniszczył miejsce, gdzie takie ofiary były składane (2Krl 23, 10).
Opowiedziałem jednemu ze współbraci o tym, co napisałem powyżej. Stwierdził wtedy, że czasem widzi subtelne przedłużenie kultu Molocha pośród ludzi, nawet wierzących. Trudno się nie zgodzić z tym, co powiedział. Może nie spalamy naszych własnych dzieci w ogniu. Za to dużo rodziców ofiaruje swoje dzieci na ołtarzach sukcesu. Planują przyszłość za swoje dzieci, nie dają im nawet czasem minimum wolności. Podciągają to wszystko pod miłość rodzicielską, która jednak okazuje się ścianą ognia, która jest nie do przejścia. Potrafią to pragnienie rozpalić do takiej czerwoności, że dziecko wybiera opcję rodzicielską i to staje się często powodem wielu życiowych nieszczęść. Obejmuje to naukę, studia, kierunek specjalizacji, pracę, nawet związki małżeńskie czy też ilość dzieci w następnym pokoleniu. Tacy rodzice nie zauważają nawet, jak ich dziecko staje się coraz bardziej poparzone pseudo-miłością. Pan Bóg obchodzi się ze swoimi dziećmi zupełnie inaczej. Ma dla nas zaplanowaną najlepszą przyszłość, ale nie realizuje jej za nas. Daje nam wolność, bezpieczeństwo i prawdziwą czułość. W miłości Boga nie ma krzty chęci zniewolenia czy też jakiejkolwiek formy presji. Warto spojrzeć szeroko na ten problem, aby nie dać okazji szatanowi do mieszania w relacjach do naszych najbliższych. Natomiast warto też naśladować Boga, który ciągle nas kocha i daje kolejną szansę. On jeden ma moc rozpalić w nas na nowo swój ogień! Co więcej – On tego bardzo mocno pragnie! Napisał przecież prorok Izajasz o Słudze Sprawiedliwym (w którym widzimy Mesjasza – Jezusa), że nie dogasi nikłego płomyka (zob. Iz 42, 3). Skoro nie dogasi, to znaczy, że będzie ochraniał, rozpali na nowo, zatroszczy się o niego.

Jak łatwo się zorientować, płomień tego rozważania jest dość szeroki i niełatwo go opanować. Dlatego też, póki co, niech tyle wystarczy w tej części. Religijne wykorzystanie ognia było bardzo szerokie. Takie pozostaje do dzisiaj zarówno w wymiarze zewnętrznym – liturgicznym, ale też religijnym wymiarze wewnętrznym – naszej osobistej relacji z Bogiem. Niech ogień płonie i na zewnątrz i w środku wielkim, pięknym płomieniem!