czwartek, 22 grudnia 2016

MIECZ W BIBLII



1.    Wstęp

Miecz stanowił podstawową broń, wykorzystywaną w starożytności na Bliskim Wschodzie i w świecie grecko-rzymskim. Miał długość od 40 cm do prawie 1 m, jedno- lub obosieczny. Przez całą Biblię miecz przewija się od początku do końca. To słowo pojawia się 472 razy, w większości w znaczeniu dosłownym. Pozostają jednak ważne miejsca, w których miecz ma znaczenie symboliczne i odsłaniające głębszą rzeczywistość. Przez te miejsca chcemy pokrótce przejść.

2.    Symbol rozstania

Po raz pierwszy miecz pojawia się w bardzo smutnych okolicznościach. Po wygnaniu Adama i Ewy z Raju napotykamy w Księdze Rodzaju takie słowa: „Po czym Pan Bóg rzekł: «Oto człowiek stał się taki jak My: zna dobro i zło; niechaj teraz nie wyciągnie przypadkiem ręki, aby zerwać owoc także z drzewa życia, zjeść go i żyć na wieki». Dlatego Pan Bóg wydalił go z ogrodu Eden, aby uprawiał tę ziemię, z której został wzięty. Wygnawszy zaś człowieka, Bóg postawił przed ogrodem Eden cherubów i połyskujące ostrze miecza, aby strzec drogi do drzewa życia” (Rdz 3, 22-24). W tym miejscu zarówno cheruby jak i połyskujące ostrze miecza są symbolem wywodzącym się z kręgów mezopotamskich. Oznaczają przede wszystkim rozstanie, oddzielenie ludzi od Boga z powodu grzechu oraz bezwzględną niemożność powrotu o własnych siłach do stanu rajskiego.

3.    Symbol wojny

Miecz najszybciej kojarzy nam się z wojną. Stąd też jest również symbolem wojny i wezwaniem do walki. W 2 Księdze Machabejskiej Juda, przed walką z Nikanorem, opowiada swoim żołnierzom ważny sen. Spotkał w nim proroka Jeremiasza, który wręczył mu miecz, mówiąc: „Weź święty miecz, dar od Boga, przy jego pomocy pokonasz nieprzyjaciół” (2 Mch 15, 16). Dzięki temu przemówieniu, wojsko Izraela nabrało odwagi,  pokonało wojsko Nikanora i mogło cieszyć się ze zwycięstwa. Walczyli bowiem wtedy w obronie religijnej i państwowej tożsamości. Próbowano Żydom, mieszkającym w Syrii, narzucić wtedy kulturę pogańską. Dlatego też stanęli do walki i chwycili za miecz.

4.    Symbol kary

Nie zawsze jednak chwycenie za miecz oznaczało pomyślność dla Narodu Wybranego. Były bowiem takie momenty w historii Izraela, kiedy odstępowali od tego, co nakazywał im Pan Bóg. Kiedy więc w tekstach biblijnych miecz pojawiał się w rękach Pana Boga, raczej to nie oznaczało pomyślności i błogosławieństwa. Wręcz przeciwnie – oznaczało nadchodzącą karę z powodu odstąpienia od Boga. U proroka Ezechiela Pan Bóg zapowiada: „oto sprowadzę na was miecz i zniszczę wasze wyżyny” (Ez 6, 3). Kara wyrażona symboliką miecza odwołuje do gniewu Bożego, który spada na grzeszników. Dlatego też Izajasz zapisuje: „miecz Pana spłynął krwią” (Iz 34, 6). W podanym fragmencie kara dotyczyła Edomitów, potomków Ezawa, brata Jakuba. Jeremiasz poprzez symbolikę miecza pokazuje, że nikt nie uniknie kary, gdy Pan Bóg zsyła ją na ludzi: „miecz Pana pożera; od końca do końca kraju żaden z ludzi nie zażywa pokoju” (Jr 12, 12). Prorockie zapowiedzi dopełnia nowotestamentowy obraz z Apokalipsy, gdzie z ust Jezusa „wychodzi ostry miecz, by nim uderzyć narody” (Ap 19, 15). To odnosi nas do Sądu Ostatecznego i kary, jaka z nim nadejdzie dla tych, którzy odrzucili Boga. Dlatego w słowie Bożym słyszymy ostrzeżenie: „jeśli się kto nie nawróci, miecz swój On (tj. Pan Bóg) wyostrzy” (Ps 7, 13).

5.    Symbol złej mowy

Czesław Niemen śpiewał: „Dziwny ten świat, świat ludzkich spraw, czasem aż wstyd przyznać się. A jednak często jest, że ktoś słowem złym zabija tak, jak nożem”. Podobnie spogląda na ten problem Biblia. Natchnieni autorzy Psalmów stwierdzają, że język ludzi złych jest ostry jak miecz (por. Ps 57, 5) i ostrzą go przeciw tym, który chcą być wierni Bogu i Jego prawu (por. Ps 64, 4). Jedno z przysłów biblijnych podaje: „nierozważnie mówić – to ranić jak mieczem” (Prz 12, 18). Syrach jednak rozciąga ten problem poza sferę języka przestrzegając: „Każde przekroczenie Prawa jest jak miecz obosieczny, a na ranę przez nie zadaną nie ma lekarstwa” (Syr 21, 3). To prawda – w czasach, gdy to pisał, nie było lekarstwa na te rany. Przyniósł je dopiero Mesjasz, który również posługiwał i posługuje się „mieczem”, ale w zupełnie inny, jakościowo lepszy, sposób!

6.    Broń Chrystusa

W jednym z Psalmów mesjańskich pojawia się zdanie: „Bohaterze, przypasz do biodra swój miecz, swą chlubę i ozdobę! Szczęśliwie wstąp na rydwan w obronie wiary, pokory i sprawiedliwości, a prawica twoja niech ci wskaże wielkie czyny!” (Ps 45, 4-5). Istotnie Jezus przyszedł w obronie prawdziwej wiary w Boga i wiary Bogu. Stanął w obronie pokory samemu stając się prawdziwie pokornym i posłusznym aż do śmierci krzyżowej (por. Flp 2, 8). Stanął w obronie sprawiedliwości jako jedyny prawdziwie Sprawiedliwy, ponieważ był wolny od grzechu. Dzięki swojej sprawiedliwości usprawiedliwił nas wszystkich, dzięki czemu połyskujące ostrze miecza zamykające raj (por, Rdz 3, 24) zostało ściągnięte, a droga do nieba otwarta. Jezus od dosłownego używania miecza stronił, choć może się wydawać, że raz dał na to przyzwolenie (zob. Łk 22, 35-38). Ostatecznie jednak nie pozwolił uczniom na użycie miecza, nawet w Jego obronie w Getsemani (zob. Mt 26, 51-54; Łk 22, 49-51; J 18, 10-11), bo „kto za miecz chwyta, od miecza ginie” (por. Mt 26, 52). Jezus w swoim nauczaniu stwierdza, że nie przyszedł przynieść pokoju, ale miecz (Mt 10, 34). Jego nauka spowoduje podziały między ludźmi, nawet w rodzinach. Jedni bowiem uwierzą, a drudzy nie. Co zatem ostatecznie jest bronią Jezusa? Nie jest to bowiem miecz w sensie dosłownym. Podziałów miedzy ludźmi Jezus również nie wykorzystuje jako swojej mesjańskiej broni. Tą bronią; tym mieczem jest słowo, które wychodzi z Jego ust; Dobra Nowina, którą głosi każdemu człowiekowi!

7.    Symbol słowa Bożego

Miecz może służyć do złych rzeczy, ale również może zostać wykorzystany do dobra, np. do obrony własnego czy też czyjegoś życia. Do nas może bardziej przemawiać tutaj raczej obraz noża, którym możemy albo pokroić chleb albo zranić drugą osobę. Możemy nóż wykorzystać dobrze albo źle. Podobnie i z mieczem. Jezus wykorzystuje miecz słowa Bożego dla dobra człowieka; dla dobra każdego z nas. Już w Starym Testamencie pojawia się ten pozytywny wymiar miecza. Pan Bóg sprawia przede wszystkim, że każde słowo prorockie jest przenikliwe. Izajasz stwierdza: „ostrym mieczem uczynił me usta” (Iz 49, 2). Słowo Boga przekazywane przez proroków również jest jak miecz. Różni się ono od podstępnych i kłamliwych słów ludzkich, o których wspominają Psalmiści (Ps 57, 5; 64, 4). Słowo Boga ma moc sprawić, że człowiek dotrze do prawdy o Bogu, prawdy o sobie i prawdy o bliźnim. Dlatego właśnie w Liście do Hebrajczyków zawarte jest to przejmujące zdanie: „Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca.  Nie ma stworzenia, które by było przed Nim niewidzialne, przeciwnie, wszystko odkryte i odsłonięte jest przed oczami Tego, któremu musimy zdać rachunek” (Hbr 4, 12-13). To słowo wychodzi z ust Jezusa, co odsłania przed nami Apostoł Jan w Apokalipsie: „I obróciłem się, by widzieć, co za głos do mnie mówił; a obróciwszy się, ujrzałem siedem złotych świeczników, i pośród świeczników kogoś podobnego do Syna Człowieczego, obleczonego [w szatę] do stóp i przepasanego na piersiach złotym pasem. (…) W prawej swej ręce miał siedem gwiazd i z Jego ust wychodził miecz obosieczny, ostry” (Ap 1, 12-13. 16; zob. też Ap 2, 12). Jezus posługuje się słowem Bożym, jak mieczem, aby nas uratować przed śmiercią i obronić przed grzechem. Stąd w liście do Efezjan znajdujemy wyraźne wskazanie, aby uzbroić się w słowo Boże: „weźcie też hełm zbawienia i miecz Ducha, to jest słowo Boże” (Ef 6, 17). W całej zbroi Bożej tylko miecz słowa Bożego jest narzędziem ofensywnym; tylko nim możemy skutecznie kontratakować Złego, który posyła w naszą stronę rozżarzone pociski (por. Ef 6, 16). Również i w tym przypadku najlepszy przykład daje nam Jezus, szczególnie podczas kuszenia na pustyni. Jedyną odpowiedzią na wszelkie pokusy Szatana jest w ustach Jezusa słowo Boże (zob. Mt 4, 1-11; Łk 4, 1-13). Zatem ta skuteczna broń w rękach Jezusa, jaką jest miecz słowa Bożego, może być skuteczna również i w życiu człowieka, jeśli pozwoli temu słowu przeniknąć całe swoje życie bez żadnych zastrzeżeń. 

8.    Zakończenie

Kiedy prześledzimy całą Biblię, to widzimy wyraźne, jak bogatą symbolikę zawiera w sobie miecz. Z tych wszystkich treści płynie jednak do naszego życia bardzo konkretne przesłanie: „dobrze korzystaj z miecza!” Przede wszystkim widzimy powód do wielkiej wdzięczności za to, że Pan Bóg ściągnął połyskujący miecz z rajskiej bramy. Dokonał tego Jezus Chrystus, za co należy Mu się uwielbienie! Dociera jednak do nas również przestroga, abyśmy z własnej winy otwartego dla nas raju nie utracili. Dlatego jesteśmy wezwani do podjęcia walki o lepsze życie; do wypowiedzenia wojny grzechowi – jednak tylko i wyłącznie pod dowództwem Jezusa, który jako nasz Mesjasz występuje do walki w obronie wiary, pokory i sprawiedliwości. Ta walka jest do wygrania, jeśli tylko utrzymamy w naszym ręku miecz słowa Bożego i dobrze z niego będziemy korzystać podczas różnego rodzaju starć ze złym duchem. Podczas tych różnych walk ważna będzie również konkretna musztra, zwłaszcza jeśli chodzi o dobre korzystanie z naszego języka, aby pozostał gładki, a nie ostry i raniący drugiego człowieka. Na takiej drodze jest dla nas nadzieja, że unikniemy kary i osiągniemy zbawienie, które wysłużył i wygrał dla nas najdzielniejszy z wojowników całego wszechświata, czyli Jezus Chrystus!

sobota, 5 listopada 2016

GłośnA Była krEw na poLu

Historia Abla jest krótka, szczególna i bardzo smutna. Krótka, bo mieści się w jednym rozdziale Księgi Rodzaju. Szczególna, bo jego imię, postać i historia przywołana jest jeszcze niejeden raz na kartach Biblii. Smutna, bo został zabity przez własnego brata. 
Żadne jego słowo nie zostało nam przekazane. Wiemy, że był pasterzem i że był hojny względem Boga. W przeciwieństwie do swojego brata, ofiarował Bogu pierwociny z tego, co wyhodował. Dawał Bogu to, co pierwsze, choć on sam traktowany jest jako drugi. 
Faktycznie - był drugim synem Adama i Ewy. Jednak po jego narodzinach nie ma żadnej wzmianki o tym, żeby rodzice jakoś zareagowali. Kiedy urodził się Kain, Ewa powiedziała: "otrzymałam mężczyznę od Pana" (Rdz 4, 1). W drugim wersecie rodzi się drugi syn, a reakcji żadnej. Nawet jego imię znaczy: „marność”, „kruchość”, „wątłość”, „znikomość”, „pozór”. Może właśnie tak traktowali go rodzice? Jako marne dziecko, kruche... takie, jakby go w ogóle nie było. 
Tym bardziej zadziwiająca jest hojność i sprawiedliwość Abla, który Bogu oddaje to, co pierwsze. Co więcej, ta ofiara zostaje przyjęta przez Boga. To znaczy, że Bóg drugiego Abla docenia. Dla Boga Abel nie jest drugi, ale pierwszy. Ten słabszy, kruchy, wątły chłopak jest w oczach Boga ważny. 
Może to wątłość i kruchość Abla sprawiła, że nie zdołał się obronić przed bratem? Nie wiemy. Dowiadujemy się jednak, że głośno zaczęła wołać jego krew (Rdz 4, 10). Ten krzyk usłyszał Pan Bóg, który wymierzył sprawiedliwość zabójcy i zarazem okazał mu miłosierdzie (o czym napisałem w poprzednim rozważaniu). Można po całej sytuacji bratobójstwa dojść jednak do wniosku, że ten krzyk nie został wysłuchany, ponieważ Kain został oszczędzony. Krzyk krwi Abla domagał się sprawiedliwości. Sprawiedliwości za popełnione zło. Sprawiedliwości w myśl ówcześnie panujących wtedy zasad: oko za oko. To był niedoskonały krzyk, choć uznamy go raczej za uzasadniony. 
Historia kończy się smutno, bo nie ma natychmiastowego rozwiązania. Okazuje się jednak, że krzyk Abla był potrzebny w historii zbawienia. Chociaż niedoskonały, był potrzebny. Zapowiadał on inną krew, która też niesprawiedliwie została przelana. Zapowiadał on inną krew, która zawołała do Boga, ale już w zupełnie inny sposób. 
W Liście do Hebrajczyków czytamy: "Przystąpiliście (...) do Pośrednika Nowego Testamentu - Jezusa, do pokropienia krwią, która przemawia mocniej niż [krew] Abla" (Hbr 12, 24). Krew Abla zapowiadała krew Jezusa, który na krzyżu wyglądał marnie; którego uznano za kruchego, wątłego, znikomego... nic nie znaczącego. Bóg jednak usłyszał wołanie krwi Jezusa, ponieważ ono było doskonałe. Było to bowiem wołanie nie o sprawiedliwość - bo nikt z nas by już nie żył i nie powstało by to rozważanie - ale o miłosierdzie. Jezusa zabiły nasze grzechy. Moje i twoje również. On tymczasem zawołał do swojego Ojca o miłosierdzie dla nas i całego świata. Ofiarował Bogu, tak jak Abel, to, co miał najbardziej pierwsze, to znaczy swoje życie. Ta ofiara, jak ofiara Abla została przyjęta. 
Głośna była krew na polu. Głośniejsza jednak była krew na krzyżu. Była i jest ta Krew doskonalsza, mocniejsza, skuteczniejsza. Krew Jezusa przynosi nam aż do teraz ratunek i wolność od niewoli grzechu. Dzięki niej Abel jest już z pewnością pośród zbawionych i czeka tam na każdego z nas... jego historia jest krótka, szczególna i bardzo smutna. Stała się jednak zapowiedzią Mesjasza, który ma moc przemienić historię każdego z nas. 

poniedziałek, 17 października 2016

pyszna koKAINa

Kain - pierwszy potomek Adama i Ewy. Był pierwszy i ciągle czuł się pierwszy. Widać już pierwsze efekty grzechu pierworodnego rodziców. Pojawia się w człowieku skłonność do grzechu. Kain się jej nie przeciwstawił. Wręcz przeciwnie - pielęgnował. Próbował również to poczucie pierwszeństwa pogodzić ze składaniem ofiar Panu Bogu. Nie udało się, bo nie mogło się udać. Kain nie chciał dać Bogu pierwszych plonów ziemi. Jego brat natomiast dał to, co miał pierwszego. Pycha Kaina sprawiła, że nie dał tego, co pierwsze. Zachował to dla siebie, bo sam był dla siebie najważniejszy. Imię Kain jest zbliżone do słowa qanah, co znaczy "nabywać", "otrzymywać". Mimo, że Kain u początku był darem Boga, nabytym i pokochanym przez swoich rodziców, to jednak potem swoje życie skoncentrował jedynie na nabywaniu. Pycha okazała się narkotykiem, od którego szybko się uzależnił. Nie pomagało mu nawet to, że Pan Bóg do Niego mówił bezpośrednio (zob. Rdz 4, 6)! Pyszny narkotyk siał spustoszenie w życiu Kaina. Poprowadził go do zazdrości, sporu, bratobójstwa i totalnej znieczulicy. Smutna jest historia pierworodnego Adama i Ewy.
Czy jest coś większego niż pycha Kaina? Tak! Boże miłosierdzie! Ze zdziwieniem słuchałem kiedyś biskupa Grzegorza Rysia, który powiedział, że pierwsza historia o Bożym miłosierdziu to właśnie historia Kaina. Jednak tak jest naprawdę! Kain po zabójstwie brata dowiaduje się, że za karę będzie na ziemi tułaczem i zbiegiem. Zaraz jednak po tych słowach Bóg mówi, że ktokolwiek by zabił Kaina, poniesie siedmiokrotną (tj. nieskończenie) większą karę. Bóg ukarał Kaina, ale też okazał mu łaskę, bo zachował go przy życiu. Dał mu szansę na nawrócenie. Dlaczego? Bo miłosierdzie Boga jest większe niż ludzka pycha.
Nie wiemy, jak Kain skorzystał z okazanego mu miłosierdzia... możemy natomiast zastanowić się, jak my korzystamy z okazywanego nam nieustannie miłosierdzia. Żadna ustawa antynarkotykowa nie jest wstanie ochronić nas przed narkotykiem pychy! Ciągle jest na wyciągnięcie ręki z powodu naszej osłabionej natury, podatnej na grzech. Wielu ludzi dało się uzależnić do pychy, smakuje jej chętnie i często. Ona rodzi kolejne słabości, grzechy, upadki...
Nie pozwólmy uzależnić się od pychy! Nie próbujmy też udawać, że to nas nie dotyczy. To najczęściej zdradza, że mamy z tym problem. Może nam nawet wtedy nie pomóc nawet to, że Pan Bóg przemówi do nas bezpośrednio - to nie podziałało w życiu Kaina. Uwolnić z tego uzależnienia może jedynie Pan Bóg, który w Jezusie Chrystusie stał się pokornym sługą. Przez krzyż pokonał również panowanie ducha pychy, który raz po raz próbuje jeszcze zbierać żniwo w sercach ludzkich. Pozwól Jezusowi, aby zwyciężył dzisiaj w tobie ducha pychy! W jednym z Psalmów natchniony autor prosi: "Także od pychy broń swojego sługę, niech nie panuje nade mną! Wtedy będę bez skazy i wolny od wielkiego występku" (Ps 19, 14). Wolność od pychy stawia nas krok od nieskazitelności, czyli świętości, doskonałej czystości. Możemy ją osiągnąć, gdy żyjemy w prawdzie o sobie i w bliskości z Bogiem, który ogarnia nas swoim miłosierdziem.
Historia Kaina jest smutna, ale twoja i moja taka być nie musi...

sobota, 30 lipca 2016

ProtoEWAngelia

W zasadzie to wyprzedziłem w ostatnim rozważaniu teologię chrześcijańską... według niej pierwszą Ewangelią jest zapowiedź ostatecznego zwycięstwa dobra nad złem, która zawarta jest właśnie w Księdze Rodzaju. Słyszy ją wąż po tym, jak udało mu się doprowadzić ludzi do grzechu. Przysłuchują się temu również Adam i Ewa. 
"Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie i niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę" (Rdz 3, 15).
To właśnie Ewa wdała się w ten dialog, który doprowadził do upadku. Bóg jednak nawet z błędu i grzechu człowieka potrafi wyprowadzić dobro. Nie znaczy to, że nic złego się nie stało. Adam i Ewa poczuli konsekwencje grzechu, zobaczyli swoją nagość, stracili raj, ale nie utracili nadziei. Sam Bóg ją w nich zachował. 
Z potomstwa Ewy wyszedł w kulminacyjnym momencie dziejów Jezus Chrystus. To On zmiażdżył głowę szatana przez swoją śmierć i zmartwychwstanie! To On jest spełnieniem nadziei zachowanej przez Boga.  
Czyż to nie jest fascynujące, że ta walka dobra ze złem jest już przesądzona? Jakaż to wielka nadzieja dla mnie, kiedy pomyślę, że mój upadek to nie przegrana wojna, ale tylko bitwa. Oczywiście, to nie sprawia, że mogę spocząć na laurach. Wróg ciągle oblega moje serce i nie spocznie do końca. Ja jednak, będą w bliskiej więzi z Ojcem, nie muszę się bać. Kiedy staję do walki, ubrany w zbroję Bożą, mając po prawicy przyjaciela Jezusa, Syna Króla Niebieskiego, mogę być pewien zwycięstwa. A nawet kiedy ja upadnę w walce, On stoi nadal i broni mnie własnym ciałem do momentu aż znów wstanę do dalszej walki. 
Bóg przynosi w tym jednym zdaniu motywację do tego, aby powstawać. Myślę, że nie bez przyczyny też dane mi jest to pisać w dniu, kiedy się wyspowiadałem. To moment kluczowy, gdy Bóg podnosi mnie i dodaje na nowo motywacji do działania, do miłości i do wiary w ostateczne zwycięstwo. 
Przyglądam się wielu ludziom i słucham, jak dzielą się swoimi przegranymi. Smuci mnie, że wielu z nich nie widzi, jak wielka walka toczy się o ich życie. Zastanawia mnie, jak to się stało, że wielu uwierzyło w ostateczną przegraną? Martwi mnie, że jeszcze dla tak wielu ta walka o ich życie jest obojętna. Pozwalają przez to, aby przeciwnik miażdżył więcej niż piętę w ich życiu. 
To jednak wyzwanie dla nas, którzy wiemy, że w mocy Chrystusa możemy miażdżyć głowę węża. Tym bardziej, w świadomości tego, kim jesteśmy, powinniśmy wychodzić na front i podnosić upadłych w walce. Tym bardziej, stąpając po wężach i skorpionach, powinniśmy iść do ludzi pozbawionych nadziei i wlewać ją na nowo w serca, przypominając, że Jezus już ostateczną walkę zwyciężył za nas.
 Ewa usłyszała protoEWAngelię. Dzięki niej dotarła ona również do mnie i do ciebie. W Bogu już jesteśmy zwycięzcami! A zatem, do walki!

wtorek, 19 lipca 2016

Pierwsza EWAngelia

U boku mężczyzny Bóg postawił kobietę. Mówi: "nie jest dobrze, by człowiek był sam" (Rdz 2, 18). To jest pierwsza EWAngelia, jaką możemy przeczytać w Biblii. EWAngelia - czyli dobra nowina związana właśnie ze stworzeniem kobiety - Ewy (bo tak ją nazwie potem mężczyzna w Rdz 3, 20). Pierwsze przesłanie, jakie Bóg przynosi nam przez stworzenie Ewy jest bardzo poruszające - "nie chcę, abyś był sam!". 
Tu chodzi o coś głębszego niż tylko o relację mężczyzn do kobiet. Chociaż w tej relacji możemy najbardziej tego doświadczyć. Tego zawsze zazdroszczę małżeństwom. Oni mogą najbardziej na płaszczyźnie ludzkiej doświadczyć ratunku wobec chorobliwej samotności.
Każdy jest bowiem narażony na chorobliwą samotność. W taką samotność niestety wielu z nas samodzielnie się wpędza. Wielu z nas wpędza również drugi człowiek, a także zły duch, wmawiając, że tak będzie bezpieczniej i lepiej dla każdego. Wobec tego kłamstwa staje Pan Bóg i mówi - "nie jest dobrze, by człowiek był sam".
Wielokrotnie spotkałem się już z ludźmi, którzy chcieli uciekać przed innymi. Doskonale rozumiem ich powody - nieraz głębokie zranienia, nieporozumienia, nadużycie zaufania, zdrady, zniesławienia, wykorzystanie seksualne, emocjonalne i finansowe i wiele innych, równie trudnych powodów. Tacy ludzie właśnie w samotności widzieli swój ratunek. Nie rozumiem jednak tak głębokiego zamknięcia się w chorobliwej samotności!
Bóg zaprasza każdego z nas do tego, abyśmy z niej wychodzili! Przede wszystkim zaprasza nas do osobistej, bliskiej relacji z Nim. Więcej! Sam wychodzi nam naprzeciw i staje się człowiekiem w Jezusie Chrystusie! To jest dla mnie najbardziej poruszająca prawda Wcielenia! Bóg wychodzi naprzeciw mojej samotności i staje się człowiekiem. Wchodzi w dzieje świata, doświadcza tych samych spraw, trudności, problemów (oprócz grzechu). Oddaje swoje życie i zmartwychwstaje, aby być jeszcze bliżej... w moim sercu już na zawsze. Co jeszcze mógł dla nas zrobić Pan Bóg? Ciągle możemy zbliżać się do Niego, Jego serce pozostaje otwarte na każdego z nas. Modlitwa jest środkiem do tego, aby to zrobić. Papież Benedykt powiedział: "Kto wierzy, nigdy nie jest sam". Bóg zawsze jest przy nas! 
W jaki sposób Bóg chce wyciągać nas z chorobliwej samotności? Przede wszystkim przez drugiego człowieka, poprzez budowanie relacji między ludźmi. Niejednokrotnie zdarza się przecież, że w kryzysach, które przeżywamy nagle pojawia się drugi człowiek - mąż, żona, brat, siostra, rodzicie, ksiądz, przyjaciel, wspólnota... pojawiają się idealnie na ten moment, gdy tego najbardziej potrzebujemy. To właśnie drugi człowiek może wyciągnąć nas z chorobliwiej samotności. Jeśli widzisz, że taka ci doskwiera - szukaj kontaktu z drugim człowiekiem! Nie odcinaj się od innych - od współmałżonka, od rodziny, od przyjaciół, od wspólnoty. To w nich leży twoja pomoc! Wiem, że zranienia mogą przychodzić z niektórych miejsc, o których piszę... ale niemożliwe jest, aby przychodziły ze wszystkich naraz... a nawet jeśli, to raczej problem nie leży w nich, tylko we mnie!
Ewa została stworzona jako pomoc dla mężczyzny, który przeżywał rajską samotność. Przyszła mu z pomocą, przyniosła mu radość, pokój. Odtąd mężczyzna mógł z nią dzielić swoje sprawy. Również i nam Bóg przychodzi z pomocą w drugim człowieku. To właśnie w relacjach między nami możemy odnaleźć to, czego nam tak bardzo brakuje. Dlatego warto modlić się i dziękować za wszystkie relacje, jakie mamy między sobą. Relacje popsute i chorobliwe warto zawierzać Bogu i prosić o ich uzdrowienie. Nigdy jednak przed ludźmi nie uciekajmy i nie dajmy się wpędzić w chorobliwą samotność. Nasza nadzieja leży zupełnie gdzie indziej i to o niej mówi nam Pan Bóg w stworzeniu kobiety obok mężczyzny - "nie jest dobrze, by człowiek był sam".


piątek, 10 czerwca 2016

A dam ci szansę...

Po tym, co się stało w raju, Pan Bóg musiał wyciągnąć konsekwencje. Człowiek nie posłuchał Jego zaleceń. Adam usłyszał: "Ponieważ posłuchałeś swej żony i zjadłeś z drzewa, co do którego dałem ci rozkaz w słowach: Nie będziesz z niego jeść - przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu: w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia. Cierń i oset będzie ci ona rodziła, a przecież pokarmem twym są płody roli. W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie, póki nie wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz!" (Rdz 3, 17-19). 

Takie słowa chciałoby się ominąć szerokim łukiem. Wolimy nie mieć do czynienia z konsekwencjami naszych wyborów. Niemniej jednak pierwsze, co przebija z tych słów, to szansa, jaką Bóg daje człowiekowi. To jest dobra nowina! Tą dobrą nowiną jest to, że człowiek po grzechu pierworodnym może żyć dalej! Co prawda, stał się śmiertelnikiem, ale nie został zgładzony. Co prawda, z trudem będzie szukać pożywienia, ale to nie znaczy, że umrze z głodu.

Zmierzyć się z konsekwencjami swojego grzesznego postępowania jest oznaką wielkiej dojrzałości. Kiedy patrzę nieraz na różnorakie sytuacje ludzkie i na swoje życie, to widzę, że do takiej postawy można dojść tylko wtedy, gdy w wolności tak zdecydujesz. To nie przychodzi samoczynnie. Potrzeba do tego wielkiej odwagi. Bywały momenty, że brakowało mi jej. Dopóki nie miałem odwagi zmierzyć się z konsekwencjami, wpadałem w iluzję życia. Udawanie, że nic się nie stało, nigdy nie rozwiązało sprawy. Wręcz przeciwnie - pogarszało ją i strasznie frustrowało.

Potem przyszedł w moim życiu taki etap, że poszedłem w drugą skrajność. Widziałem konsekwencje swoich działań, ale przesadzałem w ich interpretacji. Nawiązując do fragmentu, który dzisiaj przypada. Bóg mówił: "w pocie czoła będziesz musiał zdobywać pożywienie", a ja myślałem: "umrę z głodu i Bóg mnie na to skazuje". Wpędzałem się w poczucie winy, które mnie kompletnie niszczyło i nazywałem to jeszcze pobożnie "żalem za grzechy". Pan Bóg jednak upomniał się o to i pokazał, że zupełnie nie o to mu chodzi w konfrontacji z moim grzechem.

Teraz natomiast widzę skutki swojego postępowania. Wiem, że nie wszystko od razu idzie naprawić i wyprostować. Doświadczam jednak zarazem, że po moich błędach Bóg nie pozostawia mnie nagim. Tak samo, jak Adamowi, tak i mnie sporządza odzienie i okrywa moją nagość (por. Rdz 3, 21). Oczywiście muszę opuścić rajskie tereny, ale to nie oznacza, że cały świat się zawalił. Bóg daje mi szansę. On tak łatwo nie rezygnuje z uratowania mnie. Jaki jest na to dowód? Taki, że Księga Rodzaju nie jest ostatnią księgą Bożego Objawienia! Bóg ze mnie nie rezygnuje! Wiem, że jest i będzie ciężej, ale to nie oznacza, że mam przekreślone szanse na zbawienie. 

Moje odkrycie, które ofiarował mi Pan Bóg przez dobrych ludzi, zmieniło moje spojrzenie na innych. Staram się odtąd nikomu nie odbierać szansy. Nie chcę zostawiać ludzi nagimi z ich problemami. Wiem, że nie zawsze potrafię im pomóc, ale jestem również przekonany, że Bóg ma swoje rozwiązania, które prędzej czy później pokaże i wprowadzi w życie tych ludzi. Moja nadzieja sięga teraz tak daleko, że nawet to, że prochem jestem i w proch się obrócę, nie przeraża tak, jak wcześniej. Skoro bowiem Bóg raz ulepił z prochu człowieka, czemu nie miałby zrobić tego ponownie w dniu zmartwychwstania? A Jezus zapowiedział, że tak właśnie się stanie przez swoje zmartwychwstanie. 

Ziemia po grzechu pierwszych ludzi stała się przeklęta, ale człowiek nie został przez Boga przeklęty! Dał nam szansę... daje nam szanse... i nie przestanie dawać! Boże, jaki Ty jesteś dobry dla mnie...

środa, 1 czerwca 2016

A dam sobie spokój...

Kiedy czytam drugi opis stworzenia, to widzę wyraźnie, jak Bóg dowartościował Adama. W tym opisie stworzył go jako pierwszego człowieka. Umieścił go w ogrodzie i powierzył Eden jego odpowiedzialności. Adamowi dał wyraźne wskazania, co do wszystkich drzew ogrodu i tego jednego, z którego nie wolno jeść. Wszelkie zasady życia Adam miał podane "na tacy". Wiedział, co wolno, a czego nie.

Potem Pan Bóg zatroszczył się o to, by Adam nie był samotny. Tym razem jego opiece i odpowiedzialności powierzył kobietę. Jak czytamy w pewnym żydowskim midraszu, stworzył ją z jego boku "aby była mu równą, spod jego ramienia, aby ją chronił, i blisko jego serca, aby była przez niego kochaną".

Wszystko było pięknie do momentu kuszenia. Dla mnie, mężczyzny, pisanie o tym jest ważne, bo to prawda też o mnie. Tak często, chociażby tylko w żartach, ale jednak mówi się, że to wszystko przez kobiety (z szacunkiem dla całej płci pięknej). No bo przecież Ewa zaczęła dyskutować z wężem, no bo to ona zerwała owoc itd. itd.

Jednak Adam też nie jest bez winy w tym wszystkim. Gdy czytamy moment kuszenia, to dowiadujemy się, że Ewa zjadła owoc i podała mężczyźnie "który był z nią" (Rdz 3,6). Cały czas tam był, słuchał całej rozmowy na pokuszenie... i nic nie zrobił! Adam dał sobie spokój z znanymi sobie zasadami. Przecież to on wszystko usłyszał od Boga, jak ma żyć i na co uważać. Wszystkie drzewa w ogrodzie były do ich dyspozycji, a tylko to jedno było zakazane - wiedział o tym. I co? Nic! Nic nie zrobił!

Wiemy, że potrafimy nic nie robić; że jako mężczyźni potrafimy myśleć o niczym... i to nie jest od razu złe. Nieraz mężczyzna tego potrzebuje. Więcej! Każdy człowiek potrzebuje takiego momentu, gdzie nie biegnie za czymś i nie myśli o czymś. Każdy potrzebuje zatrzymania. Niemniej jednak trzeba z tym uważać. Nie można dać sobie spokoju z pewnymi sprawami, które wymagają interwencji. Nie można zachować się jak Adam, kiedy sprawa wymaga interwencji.

Ta sytuacja z kuszeniem, która nie jest zbyt chlubną kartą z biografii Adama, przekazuje nam ważne przesłanie: Uważaj, abyś nie stał się obojętny! I to przesłanie dotyczy wszystkich - zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Spotykam ludzi i sam nieraz ulegam takiej mrzonce: "przecież nic złego nie robię!". Może to i prawda, ale może też nie robisz nic dobrego? Może w ogóle nic nie robisz - tak jak Adam w Rdz 3, kiedy pozwolił na kuszenie Ewy. Z ostatniej księgi Pisma Świętego słyszymy przestrogę: "Znam twoje czyny , że ani zimny , ani gorący nie jesteś . Obyś był zimny albo gorący ! A tak , skoro jesteś letni i ani gorący , ani zimny , chcę cię wyrzucić z mych ust" (Ap 3, 15-16). Nie bądź letni i obojętny! Tym nie rozwiążesz problemów twojego życia! Na pewno są sprawy, które wymagają twojej interwencji, konkretnego działania. Święty Paweł mówi: "Bóg jest sprawcą i chcenia, i działania zgodnie z Jego wolą" (Flp 2, 13).

Czy chcesz, aby teraz na nową wyrwał cię z letniości i obojętności?

poniedziałek, 9 maja 2016

A dam mu na imię Adam...

Skąd się to wzięło, że pierwszego człowieka nazywamy Adam? Z tego, że po hebrajsku imię Adam znaczy "człowiek". Można jednak przetłumaczyć imię pierwszego człowieka jako "ziemia". Z niej bowiem Pan Bóg ulepił człowieka (Rdz 2, 7). 
Pierwsze przesłanie, jakie przynosi nam Adam, to prawda o naszej tożsamości! Jestem człowiekiem! Ty jesteś też człowiekiem! Znamy to powiedzenie: "człowiekiem jestem; i nic, co ludzkie, nie jest mi obce" (powiedział to Terencjusz).
Mam jednak ostatnio nieodparte wrażenie, że dzisiaj stajemy się obcy swojemu człowieczeństwu, czyli swojej tożsamości. To, co ludzkie, staje się nam obce. Ludzie przestają czasem być ludźmi. Każdy z nas na pewno znalazłby odpowiedni przykład dla takiego stwierdzenia. Mało tego! Wielu z nas do tego stopnia przewraca świat do góry nogami, twierdząc, że podejmując nieludzkie działania, zachowania i postawy, że dopiero wtedy naprawdę stają się ludźmi. Otacza nas całkiem pokręcona rzeczywistość...
Pojawienie się pierwszego ludzkiego bohatera Biblii pokazuje nam ważną sprawę! Pokazuje nam człowieczeństwo w bardzo konkretnym kontekście - kontekście stworzenia! Człowieka stworzył Bóg. Człowiek sam siebie nie stworzył. Na cokolwiek więc patrzę, za czymkolwiek idę i cokolwiek wybieram - to robię w odniesieniu do Tego, który mnie stworzył.
Nie może mi być obce, to skąd pochodzę i jak pojawiłem się na tym świecie. W innym rozważaniu napisałem, że hebr. "stwarzać" znaczy też "rodzić". Jesteśmy zrodzeni przez Boga. Wiemy, że dziecko ma wiele cech wspólnych od rodziców. Genetycznie przejmuje wiele od innych. My również przejęliśmy od Boga - naszego Stwórcy i Rodzica - cechy, które w sobie ma. Czy odkrywasz je w swoim życiu? Czy potrafisz je nazwać? Jeśli tak - nic, co ludzkie, nie jest tobie obce. 
Adam - człowiek - ziemia. 
Częścią mojej tożsamości jest to, że mam swoje miejsce na ziemi. To konkretne miejsce, w którym teraz jestem; tę narodowość, jaką w sobie mam; taką, a nie inną historię, która jest moim doświadczeniem. Ta część naszej tożsamości nie zawsze jest prosta do przyjęcia. Spotkałem już wielu ludzi, którzy nie godzą się na takie swoje osobiste miejsce w świecie. Jest w nich bunt, że mają taką a nie inną historię. Różne są powody takiej postawy, ale nie jest ona do końca zdrowa. Powoduje często w człowieku ogromny żal, który głęboko skrywany, "fermentuje" w sercu i zatruwa życie, odczuwanie, kochanie, działanie... Adam znaczy "ziemia". Moje miejsce na ziemi nie jest przypadkowe. Może nawet czytając ten tekst, stykając się o tej prawdzie Bożego słowa, zobaczysz, że Pan Bóg doprowadził ciebie aż do dzisiejszego dnia nie bez powodu. To, że przeżyłeś te wszystkie sprawy, zarówno dobre, jak i bolesne (z własnej lub nie z własnej winy) dane były ci nie bez powodu. Sam osobiście tego doświadczam w spotkaniu z ludźmi na mojej drodze kapłańskiej. Każde takie spotkanie pokazuje mi po raz kolejny i kolejny, że moje wydarzenia życiowe nie były przypadkowe, bo dzięki nim mogę dzisiaj pomóc innym. Odkąd przestałem narzekać na swoją przeszłość, a zarazem zacząłem patrzeć na nią realnie (jako część mojej tożsamości), doznaję uzdrowienia mojego wnętrza. Dokonuje się ono regularnie. Czasem jest trudne do przyjęcia, jak gorzkie lekarstwo zapisane przez lekarza. Ostatecznie jednak przynosi mi ulgę i odnawia moje życie. To jest naprawdę piękne, czego Bóg dokonuje w ten sposób! 

Stworzenie człowieka, Adama, z prochu ziemi nie było przypadkowe! Bóg wyraźnie pokazuje na naszą tożsamość, która może została przez nas zagubiona. Spróbuj na nowo zacząć ją odkrywać w relacji z Bogiem i innymi ludźmi! Nie pożałujesz... dla Boga bowiem każdy z nas jest jak pierwszy stworzony przez Niego człowiek!

wtorek, 12 kwietnia 2016

Zmartwychwstanie - wielki ON

Co prawda od Niedzieli Zmartwychwstania już trochę minęło, ale to nie zmienia faktu, że sprawa jest dalej aktualna. Za każdym razem, kiedy zatrzymuję się nad tajemnicą zmartwychwstania, to coraz bardziej jej nie rozumiem. Bo tego się nie da zrozumieć! Otwieram Biblię i czytam: Jezus przychodzi mimo drzwi zamkniętych; pokazuje się uczniom - oni Go nie rozpoznają; ukazuje się co chwilę w innym miejscu. Przecież to jest niemożliwe! Do tego nie jest żadnym duchem - uczniowie dotykają ciała, Tomasz nawet wkłada rękę w przebity bok. Jezus nawet je rybę, aby udowodnić, że Jego ciało jest prawdziwe. 

Zmartwychwstanie jest niemożliwe z racjonalnego punktu widzenia! W to można jedynie uwierzyć! Kiedy uwierzysz na słowo Pisma, zobaczysz, jak Jezus jest WIELKI! Wielki jest ON i TYLKO ON! Nie ma drugiej osoby na tym świecie, która coś takiego objawiła światu. Każda inna obietnica, która jest nam serwowana, to tylko mrzonka! Obietnica zmartwychwstania każdego człowieka przekracza nasze oczekiwania i marzenia. Na tym jednak polega wielkość Boga! On nie mierzy naszą miarą, tylko swoją.

W naszej mentalności stało się coś niepokojącego, że temat zmartwychwstania zatrzymał się tylko na Jezusie. On zmartwychwstał, a my to czekamy tylko na śmierć, aby nasze dusze poszły do nieba. Nie czujecie tutaj małostkowości? Przecież obiecane nam jest znacznie więcej. Zbawienie nie tylko duszy, ale też ciała!!! Ono zostanie nam przywrócone tak, jak Jezusowi. Dlatego On zmartwychwstał jako pierwszy, abyśmy zobaczyli, co nas czeka. On jest WIELKI, a my musimy przestać być małostkowi. Odkrywaj pełnię obietnic Bożych, nie zatrzymuj się na tym, co jest racjonalnie wytłumaczalne, ale zanurz się w nieracjonalnej tajemnicy zmartwychwstania. Bóg tak bardzo cię kocha, że nawet śmierć Mu nie przeszkodzi, abyś mógł znowu żyć w ciele! Aby się to dokonało, poniósł najwyższą ofiarę - sam zginął na krzyżu. Potem zmartwychwstał i w ten sposób sprawił, że i my zmartwychwstaniemy - wszyscy, co do jednego! 

Pozostaje jednak pytanie - czy zmartwychwstanę do życia czy na potępienie? Mówi o tym Jezus w Ewangelii wg św. Jana. (zob. J 5, 28-30) Pan Bóg daje Tobie wejściówkę do nieba przez ofiarę Jezusa. Nie zgub tej wejściówki - nie zgub tej łaski, tego daru zbawienia. Jezus pomoże ci w tym, bo On jest WIELKI. Nie przestał działać wraz ze zmartwychwstaniem. Wręcz przeciwnie! Zakres działania poszerzył się na cały świat i każdy wiek tego świata. Dla Niego już nie istnieje czas i przestrzeń - jest ponad tym. Zaproś Go teraz, aby był przy tobie i razem z tobą strzegł daru, który otrzymałeś za darmo. 

sobota, 26 marca 2016

Wielka Sobota – wielkie NIC

Gdyby nie święcenie pokarmów to w zasadzie nic się nie dzieje w kościele… tylko cisza, adoracja… wszyscy czekają tylko na Wigilię Paschalną. Można więc śmiało powiedzieć, że Wielka Sobota to takie wielkie NIC. Nic się nie dzieje…
Jezusa jak najszybciej zdjęto z krzyża i pochowano w grobie, aby nie naruszać spoczynku szabatu. Wszyscy najbliżsi Jezusa zachowali ten przepis prawny i przeżywali szabat. Jak musiał wyglądać ten pierwszy poranek bez Jezusa? Nie usłyszeli Jego głosu, nie zobaczyli Jego uśmiechu, nie wysłuchali żadnej Jego przypowieści, nie zobaczyli cudu… jak się odnaleźć w czymś takim?
Te wielkie NIC jest nam wszystkim potrzebne! Choć przez chwile możemy wczuć się w to, jak wygląda świat bez Jezusa:

Niepewność
Indyferentyzm
Ciemność

NIEPEWNOŚĆ – bo czego teraz być pewnym. Do tej pory wszystko mogli zobaczyć, doświadczyć bezpośrednio, a teraz Jezusa już nie ma pośród nich. Zostały jedynie Jego słowa, zapewnienia, że zmartwychwstanie. Niepewność jednak pozostaje: czy to prawda? Czy faktycznie to się stanie? Co będzie jutro, pojutrze... ?

INDYFERENTYZM – czyli obojętność, bierność, pasywność. Bo jak tu teraz się angażować? Dopóki Jezus był, to zachęcał, wysyłał – wtedy było warto. A teraz? Lepiej chyba dać sobie spokój. Lepiej się teraz nie wychylać, bo jeszcze skończę podobnie…

CIEMNOŚĆ – przecież Jezus był Wschodzącym Słońcem. Tak nazwał Go Zachariasz. Jezus sam o sobie powiedział, że jest Światłością świata. Teraz nie ma Go pośród nas. Zgaszono to Światło, a tam, gdzie nie ma światła, jest ciemność. Niektóre dzieci boją się ciemności. Ciemność wywołana odejściem Jezusa przeraża bardziej.


Dzisiaj jest dzień, aby zmierzyć się z owym wielkim NIC. Dopuścić do siebie te uczucia, które z pewnością towarzyszyły przyjaciołom Jezusa. Przecież my też nimi jesteśmy! Warto więc zadać sobie pytanie: jak wyglądałby mój świat bez Jezusa? Jak ja bym wyglądał, zanurzony w wielkim NIC. Pamiętaj jednak, że robisz to po COŚ i by spotkać KOGOŚ… a o tym niebawem.

piątek, 25 marca 2016

Wielki Piątek – wielkie DOBRO

Niedawno na facebooku zobaczyłem ciekawy filmik. Zadawano dzieciom pytania dotyczące Jezusa, Jego życia i śmierci. Przejmujące jest zawsze dla mnie to, w jak szczery sposób dzieci odpowiadają na tematy nieraz dla nas oczywiste. Filmik był w języku angielskim i padło tam zdanie dotyczące Wielkiego Piątku. Po angielsku dosłownie tłumacząc mówi się o „DOBRYM PIĄTKU” (ang. Good Friday). To mnie zaintrygowało… co w tym dniu takiego dobrego? Po ludzku patrząc ten dzień nic dobrego w sobie nie ma: niesprawiedliwość, obłuda, kłamstwo, śmierć, ból, żal, łzy, smutek… co dobrego było na ostatniej drodze Jezusa? On sam! Ten jedyny Piątek w roku jest dobry tylko dzięki Niemu! Jezus jest tak dobry dla nas, że bierze to, co wymieniłem powyżej na siebie, abym mógł być wolny. Tylko On był w stanie to zrobić, tylko On!
Występuje więc tutaj paradoks – w tym dniu pozbawionym jakiegokolwiek dobra, dokonuje się największe dobro dla nas i całego świata. Idąc za wczorajszą myślą, nie chcemy tylko wspominać, że coś takiego stało się dawno, dawno temu. Nie! Wręcz przeciwnie, to my idziemy za Jezusem drogą krzyżową, to my świadomie wkraczamy w Dobry Piątek. W jakim miejscu dzisiaj będziesz: z dala czy z bliska, pośród oprawców czy tłumu gapiów, przy Maryi czy przy żołnierzach dzielących szaty? Znajdź swoje miejsce na drodze krzyżowej i nie wstydź się powiedzieć o nim Jezusowi. On doskonale wie, gdzie jesteś i nie potępia cię za to.

Ostatnio chodzi mi bardzo po głowie piosenka: „Jesteś dobry! Dla mnie zawsze Twoja łaska na wieki trwa”. Choć ten dzień nie nastraja aż tak mocno do radosnych śpiewów, to myślę, że przytoczone słowa mogą stać się dobrą modlitwą na ten moment. Jak dobry jest Jezus dla nas! Jest tak dobry, że bierze krzyż na swoje ramiona, niewinny umiera za winnych, święty ginie za grzeszników, dobry za niedobrych. Wyświadcza nam wielkie dobro na krzyżu! To już coś więcej niż przejście przez Morze Czerwone. To już coś więcej niż wyjście z niewoli egipskiej. Tutaj, w czerwonym morzu Krwi Zbawiciela, utopiła się potęga śmierci i zła. Tutaj wyprowadza nas z niewoli piekła i szatana. Łaska płynąca z krzyża trwa na wieki. Zbliż się więc do niego dzisiaj z ufnością i ucałuj ze czcią, aby zaczerpnąć dobra na ten dzień i na całe swoje życie.

czwartek, 24 marca 2016

Wielki Czwartek - wielkie TERAZ

Rozpoczynamy dzisiaj Triduum Paschalne. Wszystko nabiera teraz niezwykłej intensywności, stąd też potrzeba naprawdę czułego nastawienia naszych uszu, umysłu i serc na to, co będziemy przeżywać każdego dnia na liturgii w Kościele. Symbolika i przekaz jest przebogaty, dlatego warto ten czas jak najlepiej wykorzystać.

W tym roku miałem okazję w sposób wyjątkowy wejść w czas Wielkiego Tygodnia. W Miejskim Domu Kultury w Katowicach-Bogucicach przeżyłem Sederowy Wieczór Paschalny, organizowany przez Fundację "W Jedności". Na to spotkanie przyjechał specjalnie zaproszony gość, Żyd Mesjanistyczny (wierzący w Jezusa jako Syna Bożego), który wyjaśniał przebieg żydowskiej wieczerzy paschalnej. Taką wieczerzę przeżył Jezus ze swoimi uczniami przed swoją męką. Wiele czynności podczas wieczerzy przetrwało do dzisiaj w naszej Eucharystii, dlatego tym bardziej ten czas był dla mnie wielkim ubogaceniem.

Zatrzymując się nad tajemnicą Wielkiego Czwartku chciałbym dotknąć tylko jednej sprawy, która łączy Eucharystię i żydowską Paschę. Wydaje się, że to tylko jedna rzecz, ale jest bardzo fundamentalna. Ona rzutuje w zasadzie na wszystkie inne elementy i przeżycia związane z Triduum.

Naród Wybrany podczas Paschy wspominał wyjście z niewoli Egipskiej. Pan Bóg nakazał zresztą, aby na pamiątkę tego wydarzenia spożywali właśnie tę wieczerzę w ustalonym porządku każdego roku. To, co mnie zaskoczyło w słowach Żyda Mesjanistyczego, prowadzącego Sederowy Wieczór Paschalny, to stwierdzenie, że dla Żydów Pascha nie była zwyczajnym wspominaniem. To nie jest tylko przypominanie czegoś z przeszłości; czegoś, co jest już tylko za nami. To nie było tylko samo wspomnienie, że kiedyś wyszli z niewoli. Żydzi obchodząc Paschę często powtarzają: "my teraz wychodzimy z niewoli; my to właśnie teraz przeżywamy razem z naszymi przodkami". Nie wiem, czy potrafimy wyczuć tę subtelną różnicę. Ona jest jednak bardzo istotna. Kiedy wspominam, że byłem dzieckiem, to wiem, że już dzieckiem nigdy nie będę. Lata lecą nieodwracalnie. Natomiast, kiedy staję do przeżywania liturgii, to jest zupełnie inaczej. Tak jak Żydzi mówią o tym, że właśnie wychodzą z niewoli, gdy spożywają Paschę, tak my stajemy się w Eucharystii uczestnikami Ostatniej Wieczerzy. Teraz siedzimy pośród Dwunastu, teraz jesteśmy przy Jezusie tak samo jak oni. To, co się dzieje na Eucharystii, działa również teraz na nasze życie. Słowa, które Jezus wypowiada, dotyczą mnie osobiście teraz. To teraz mnie daje swoje ciało, które za mnie będzie wydane; krew, która za mnie będzie wylana. W Wielki Czwartek jest to szczególnie podkreślone przez pewien dodatek wypowiadany podczas konsekracji. Warto zwrócić uwagę na wypowiadane słowa: "...to jest dzisiaj". Padają one jeden raz i mogą umknąć naszej uwadze. Te słowa jednak uświadamiają nam, że dzisiaj przeżywam z Jezusem Ostatnią Wieczerzę, że jutro pójdę z Nim drogą krzyżową. że złożę Go do grobu, a wkrótce będę się radował spotkaniem ze Zmartwychwstałym.

To, o czym mówię, teologia nazywa: "wspominaniem uobecniającym". Jan Paweł II napisał, że w Eucharystii dokonuje się "tajemnicza równoczesność". Równocześnie jesteś w kościele parafialnym w Wielki Czwartek 2016 roku i równocześnie stoisz przy Jezusie w dniu Jego Ostatniej Wieczerzy w I wieku. Niewiarygodne, prawda? Jak to wyjaśnić? Nie ma na to wyjaśnienia! W to możesz tylko uwierzyć! Życzę każdemu na progu Triduum, aby przeżył to spotkanie z Jezusem właśnie w takim duchu i czerpał owoce, które przynosi nam Zbawiciel w tym czasie.

sobota, 5 marca 2016

Czynności Boga (cz. 6) - błogosławić

Ostatni czasownik przypisany Bogu to błogosławić. Jest użyty dwukrotnie (Rdz 1, 22. 28). W trakcie stworzenia na słowo Boga powstają zwierzęta wodne i powietrzne. Zostają one przez Boga pobłogosławione tak, aby rozmnażały się i zapełniły środowisko, do którego je Bóg przeznaczył. Ciekawostką (póki co, nie do wyjaśnienia dla mnie) jest to, że Bóg nie błogosławi reszty stworzonych zwierząt. Błogosławieństwem objęte są jedynie ryby i ptaki... może ktoś znajdzie na to jakąś odpowiedź.

Drugie błogosławieństwo natomiast obejmuje natomiast ludzi, którym również Bóg poleca rozmnażanie się, zaludnianie ziemi, ale też dodatkowo daje im panowanie nad zwierzętami - zarówno pobłogosławionymi i niepobłogosławionymi. Człowiek otrzymuje w błogosławieństwie panowanie nad stworzeniem.

Gdy zacząłem wnikać w biblijne znaczenie błogosławieństwa, odkryłem skarb, który narazie ledwo co ogarniam. Dlatego całości tego znaczenia tutaj nie opiszę, ale zatrzymam się jedynie na pierwszym i podstawowym znaczeniu tego czasownika. 

Błogosławieństwo po łacinie brzmi "bene-dictio", co dosłownie można przetłumaczyć "dobrze mówić". Jest to zatem nie tylko dostrzeganie w kimś dobra, ale też mówienie o nim, wyrażanie tego odkrycia na zewnątrz. Bóg pokazuje jednak, że błogosławieństwo idzie dalej... nie jest tylko dostrzeganiem dobra, nie jest tylko mówieniem o kimś dobrze, ale jest ofiarowaniem konkretnego dobra. Co nim jest? Płodność, zdolność do przekazywania życia - i dosłownie, i w przenośni. Dosłownie bowiem ludzie i zwierzęta są zdolni przekazywać dalej życie i w ten sposób współpracują z Bogiem w dziele stworzenia. W przenośni jednak człowiek może też przekazać innym chęć do życia właśnie w tym, że będzie błogosławił (dobrze mówił) innym. O tym jeszcze za chwilę...

Wróćmy jeszcze do błogosławieństwa Boga dla nas. Darem, który otrzymuje człowiek jest również panowanie nad resztą stworzenia. Otrzymujemy więcej niż reszta, zostajemy postawieni wyżej w hierarchii ze względu na ten dar. To nas czyni odpowiedzialnymi, ale też zdolnymi do tej odpowiedzialności, aby uszanować to, co nie jest dziełem naszych rąk. W tę zdolność wyposaża nas sam Pan Bóg.

Boże błogosławieństwo, które Bóg wypowiada nad nami, jest wyrazem Jego hojności.  Deszcz użyźniający glebę pochodzi z hojności Pana Boga. Słońce i piękna pogoda pochodzi z hojności Pana Boga. Nowe życie, które przychodzi na świat dzięki miłości rodziców pochodzi z hojności Pana Boga. Twoje i moje życie, każdy nowy dzień, pochodzi z hojności Pana Boga. Bóg błogosławi nam - jest hojny do tego stopnia, który przekracza nasze wyobrażenia. Dlaczego? Ponieważ w nas pokutuje myślenie, że na hojność trzeba zasłużyć! My natomiast nic nie zrobiliśmy, aby się urodzić; aby żyć... to jest darem, to jest wyrazem hojności z drugiej strony, to jest wyrazem błogosławieństwa. To jest Dobra Nowina! Nasze życie jest hojnością Boga dla tego świata! Nasze życie jest owocem Jego błogosławieństwa! On widzi w nas dobro, mówi o nim i obdarowuje nas dobrem poprzez to, że żyjemy.

Boże błogosławieństwo stoi w opozycji do przekleństwa. Tutaj wychodzi na wierzch pierwszy grzech, który popełniliśmy... grzech rajski. To on ściągnął Boże przekleństwo na ziemię. To on nas pozbawił raju, ale i tutaj objawiła się prawdziwa natura Boga. On tutaj już po raz pierwszy okazał nam miłosierdzie! Prawdziwe miłosierdzie, a nie takie, które jest klepaniem po ramieniu z beztroskim powiedzeniem: "nic się nie stało". Po grzechu Bóg przeklina jedynie węża (Rdz 3, 14) i ziemię (Rdz 3, 17). Bóg nie przeklina nas, choć to my ten grzech popełniliśmy; choć to my to przekleństwo ściągnęliśmy do naszego życia. To mnie szczególnie poruszyło w rozważaniach nad błogosławieństwem. Bóg się z tego nie wycofuje, nawet w obliczu zdrady człowieka! Mógł przecież wycofać błogosławieństwo, ale nie zrobił tego! Oszczędził nas! Oczywiście, ponieśliśmy konsekwencje tego grzechu, ale błogosławieństwa nie wycofał i nie zrezygnował z tego, aby widzieć w nas dobro, aby mówić o nim i by je nam ofiarować. Boże błogosławieństwo jest więc nieodwołalne, o ile chcemy je przyjmować do naszego życia. Jest moment w Biblii, gdzie Bóg mówi: "Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemię, kładąc przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie..." (Pwt 30, 19). To my wyciągamy rękę po to, czego pragniemy, to nasze wybory sprawiają, czy odwieczne błogosławieństwo aktualizuje się w nas, czy też rezygnujemy z niego na rzecz przekleństwa i jego konsekwencji, jaką jest śmierć, oddzielenie od Boga. Najważniejsze jednak jest to, że błogosławieństwo jest niezmienne i nawet po naszych grzechach możemy je odnowić w sobie przez skruchę i nawrócenie do Boga. On ciągle nam daje taką możliwość i do końca życia nie zamknie jej przed nami.

Bóg jest hojny i wobec tej hojności rodzi się zachwyt: "Bóg daje mi tyle za darmo. Bóg jest tak naprawdę dobry, że to przekracza moje wyobrażenia!" Taki przynajmniej był mój zachwyt... nie wiem, czy masz podobny, kiedy poznajesz znaczenie błogosławieństwa i jego błogosławione konsekwencje. Jednak znowu, jak zresztą za każdym razem, nie możemy zatrzymać się na zachwycie. Skoro jesteśmy na "obraz Boży" (Rdz 1, 27), to znaczy, że i nasze błogosławieństwo może mieć taką samą moc co Boże błogosławieństwo. W Izraelu funkcjonowała modlitwa błogosławieństwa, o niektórych ludziach mówi się, że są błogosławieni. Błogosławienie może stać się wspaniałym i pięknym stylem naszego życia. Mówić o innych dobrze, widzieć ich dobro, wydobywać je na zewnątrz, dostrzegać obdarowanie drugiego człowieka, widzieć też ciągle hojność Boga i opowiadać o niej i włączać ją do naszej modlitwy - to styl życia, który może być i twoim, i moim. Jezus w Kazaniu na Górze mówi o błogosławionych... czyli ludziach, których obdarowanie jest wielkie w konkretnych życiowych postawach... ludziach, którzy są hojni w tej dobroci, którą zostali hojnie obdarowani przez Boga. Tak naprawdę do tego przeznaczony jest każdy, kto idzie za Chrystusem - żyć nieustannym błogosławieństwem i błogosławieniem. Jest to oczywiście zaproszenie, aby zaprzestać jak najszybciej tego, by źle mówić o innych, by plotkować i - co gorsza - przeklinać drugiego człowieka, złorzeczyć mu. Boże błogosławieństwo wypowiedziane nad nami ma swoją moc i konsekwencje. Boże przekleństwo, które ściągnęliśmy na ziemię też ma swoją moc i konsekwencje. Zatem i nasze błogosławieństwo lub przekleństwo skierowane w stronę drugiego człowieka ma swoją moc i konsekwencje. Uważajmy na zbyt pochopne wypowiadanie tego, co nam ślina na język przyniesie. Nawet jeśli nad tym nie zapanujemy i wypowiemy coś złego (natura ludzka jest słaba) to lekarstwem jest natychmiastowe wypowiedzenie błogosławieństwa nad tą osobą.

Można by jeszcze wiele o błogosławieństwie napisać, ale sam muszę to sobie najpierw w głowie i w sercu poukładać. Na dzisiaj niech to wystarczy... błogosławię każdemu, kto czyta ten tekst i kto pragnie iść za Tobą, poznając słowo Boże. Błogosławię też tym, którzy są wobec Ciebie i mnie obojętni lub wrodzy, daj im doświadczyć Twojej hojności teraz lub w czasie, który Ty wybierzesz. Błogosław wszystkim na świecie i nigdy nie żałuj nam swojego błogosławieństwa. Amen.

Błogosławionego dnia! :)

czwartek, 4 lutego 2016

Czynności Boga (cz. 5) - nazywać

Idąc dalej tropem boskich czasowników, dochodzimy do czynności nazywania. Pan Bóg stwarzając nadaje kolejnym swoim dziełom nazwy: światłość nazywa dniem, a ciemność nocą (Rdz 1, 5); sklepienie nazwał niebem (1, 8); suchą powierzchnie ziemią, a zbiorowisko wód morzem (1, 10). Warto zauważyć, że nic więcej w opisie stworzenia Pan Bóg już nie nazywa. Zwierzęta i człowiek nie są przez Boga nazwani. Jest to dość intrygujące, ale prowadzi do zadziwiających wniosków.
Nazywanie w Biblii wskazuje na dominację. Pan Bóg nazywając niektóre swoje dzieła pokazuje, że to On nad nimi dominuje pierwszorzędnie! Zastanawiałeś się, dlaczego to rodzice mają pierwszeństwo w nazywaniu swoich dzieci? Bo to ich dzieci, nie kogo innego. Nikt nas nie pytał o zdanie, jak chcemy się nazywać. W tym względzie rodzice nas zdominowali, ale mieli do tego pełne prawo, ponieważ to oni dali nam życie. Tak samo Bóg miał prawo nazwać swoje pierwsze stworzenia, bo to On jest ich rodzicem.
Dzieje się tutaj jednak coś zaskakującego. Dlaczego Pan Bóg nie nazywa zwierząt ani człowieka? Dlaczego Pan Bóg i nad nimi nie dominuje? Przecież ma do tego pełne prawo. To On nas stworzył! To On jest też naszym rodzicem! Tutaj poznajemy, jaki Pan Bóg jest kochany! Dla mnie jest to największe odkrycie czasownika „nazywać”. Bóg nie chce nade mną dominować! Bóg nie chce, abym był niewolnikiem. Znowu możemy wrócić do obrazu relacji rodziców do dzieci. Dojrzali rodzice wiedzą, że przychodzi moment, kiedy muszą przestać dominować nad swoimi dziećmi. Przychodzi taki moment, kiedy rodzice uwalniają swoje dzieci spod rodzicielskiej dominacji. Wiele nieszczęść powstało z tego, że rodzice rościli sobie do całożyciowej dominacji nad dziećmi… dla nas przynajmniej jest to dość istotne, aby w pewnym momencie życia uzyskać niezależność.
Pan Bóg obdarował nas wolnością i respektuje ją od zawsze i na zawsze. Widać to doskonale w drugim opisie stworzenia. Bóg stwierdza, że człowiek nie może być sam na świecie. Stwarza zwierzęta i przyprowadza je do mężczyzny, „aby przekonać się, jaką on da im nazwę” (Rdz 2, 19). Pan Bóg rezygnuje z nazywania na rzecz człowieka. Mówiąc inaczej – pozwala teraz człowiekowi dominować nad tym, co stworzył.
Pamiętam doskonale, jak szedłem do Zgromadzenia. Ta decyzja jest trudna, a niekiedy najtrudniejsza dla rodziców. Ja jednak doświadczyłem zupełnie czegoś innego. Rodzice zachowali się względem mnie tak, jak Pan Bóg względem mężczyzny w raju. Pozwolili mi dominować nad moim życiem. Kiedy powiedziałem, że idę do klasztoru nie dość, że nie zabronili mi tego, to jeszcze wspierali mnie na każdym kroku. To naprawdę budujące móc zobaczyć, jak słowo Boże staje się faktem!

Panu Bogu nie było jednak dość! Kiedy posłał do nas Jezusa, powiedział do nas przez Niego: „już nie nazywam was sługami… nazwałem was przyjaciółmi” (J 15, 15). Wydaje się więc, że człowiek i tak gdzieś w środku i tak miał przekonanie, że jego wolność jest „na niby”. Musiał przyjść Jezus, abyśmy mogli usłyszeć, że nie jesteśmy niewolnikami, nad którymi Bóg chce skrajnie i w pełni dominować. To od razu tworzyłoby w nas blokady i bunt. Dlatego Jezus nazywa nas przyjaciółmi, aby pokazać, że jedyną dominacją, jaką Bóg chce nam okazać, jest dominacja miłości. Przyjaciel to nie jest niewolnik. Nad przyjacielem się nie dominuje, bo to nie jest przyjaźń. Jezus mówi: „nazywam cię przyjacielem” – to znaczy – „chcę, aby Moja miłość zdominowała twoje życie”. Po raz kolejny Pan Bóg pokazuje, jak bardzo Mu na nas zależy. Zależy Mu na tym, abyśmy mieli w sobie to, co najpiękniejsze jest w Nim. Jeśli pozwolimy Bogu nazywać nas przyjaciółmi, tylko Jego miłość zdominuje nasze życie. Nic więcej! To nas nie zniewoli, ale da nam prawdziwą wolność. 
Pozwól dzisiaj Bogu na to, aby nazywał cię przyjacielem. Nie bój się, że to w jakiś sposób ograniczy twoje życie. Wykorzystuj też mądrze przywilej nazywania w twoim życiu; przywilej dominacji nad tym, co pochodzi od ciebie. Nie bądź dominatorem w złym tego słowa znaczeniu. Bądź natomiast dominatorem w kochaniu jak Bóg.