środa, 25 października 2017

Ważny werSET

Po smutnych i traumatycznych wydarzeniach z życia Adama i Ewy oraz ich dwóch synów, pojawia się nowa historia. Rodzi się trzeci syn, którego nazywają Set. To imię z języka hebrajskiego oznacza „Bóg dał mi potomka”. Ewa dostrzega to jako dar w miejsce zabitego Abla. Ten jeden werset w Piśmie Świętym o nowym synu daje kolejną, nową nadzieję. Dlaczego?
Po pierwsze narodziny Seta sprawiają, że Ewa docenia słowem nowy dar. Wspomnieliśmy, że na temat Abla nie wypowiedziała się przy jego narodzinach. Set jest trzeci, ale doceniony, przyjęty. To znaczy, że zmieniło się myślenie Ewy. Okazuje się, że traumatyczne wydarzenia potrafią zmienić nasze patrzenie na rzeczywistość. Zmienić na lepsze. Jaka prowadzi do tego droga? Wdzięczność, docenienie tego, co otrzymuję, nawet jeśli sporo już straciłem. Ewa postawiła ten krok naprzód i doceniła dar nowego potomka, przyjęła go. 
Narodziny Seta sprawiły, że „zaczęto wzywać imienia Pana” (Rdz 4,26). To kolejna nowość tego jednego wersetu opisującego narodziny Seta. On przedłużył ród swoich rodziców, a przede wszystkim nie zapomniał o Bogu. Jego brat Kain, po zabójstwie Abla i spotkaniu oko w oko z Bogiem - jak pisze autor Księgi Rodzaju - „odszedł od Pana” (Rdz 4,16). Zaczął żyć na własną rękę. Set odwrotnie - zaczął wzywać imienia Pana. Decyzja i postawa Seta oraz jego potomstwa stawia każdego z nas w obliczu decyzji: czy odejdę od Pana czy też zacznę wzywać Jego imienia? Wiele mogło i na pewno wiele się wydarzyło w naszym życiu i to niekoniecznie tylko wiele dobrego. Jednak, pomimo popełnionego zła, nie musimy iść drogą Kaina, ale możemy naśladować postawę Seta. Jak?
Jest taka żydowska legenda, kiedy syn Seta, Enosz, przychodzi do niego i pyta: „Ojcze, kim był twój ojciec?”. Set odpowiada: „Adam był moim ojcem”. Na co Enosz: „A kto był ojcem Adama?”. Set odparł: „Adam nie miął ojca ani też matki, tylko Bóg ulepił go z ziemi”. Po tej rozmowie Enosz odszedł i z grudy ziemi ulepił wizerunek człowieka, wrócił do ojca i powiedział: „Oto wizerunek, ale patrz, nie potrafi chodzić ani mówić”. Set odrzekł: „Bóg wdmuchnął Adamowi do nosa żywe tchnienie”. Enosz zrobił zaraz to samo i wdmuchnął wizerunkowi swoje tchnienie do nosa. A wtedy zjawił się Szatan i wśliznął się w ulepioną postać. I poszło za Szatanem plemię Enosza, i zbezczeszczono imię Pana. 
W legendzie widzimy, że Enosz próbował się bawić w Boga i źle się to skończyło dla niego i jego rodziny. Jego ojciec, Set, przeciwnie - pamiętał kim jest. W całej tej rozmowie pamięta, że jest potomkiem człowieka, którego ulepił Bóg i tchnął w niego życie. Nie próbował tego powtarzać i przedrzeźniać, ale jedynie przekazywał prawdę o Bogu taką, jaka była w rzeczywistości. 
Możemy naśladować postawę Seta przez pamięć o tym kim jesteśmy oraz kim nie jesteśmy. Odpowiedź jest prosta: jesteśmy ludźmi i nie jesteśmy Bogiem. Każda próba zmiany tej podstawowej prawdy skończy się źle. Ta legenda może mieć wiele wspólnego z prawdą, ponieważ w Księdze Rodzaju niebawem przeczytamy, że ludzie coraz bardziej odwracali się od Boga. Każda próba bycia jak Bóg, ale bez wzywania Jego imienia obróci się przeciwko nam. Dlatego Set pamiętał kim jest i wzywał imienia Pana, aby tak się nie stało. 
Jest jeszcze jedna legenda judeo-chrześcijańska o Secie, w której przedstawiony jest jako troskliwy, mądry i posłuszny człowiek. Pewnego dnia Set otrzymał od Pana Boga wizję o zbawieniu wszystkich ludzi z grzechu swoich rodziców. Po tej wizji Pan Bóg dał mu trzy nasionka. Kiedy je zasadził w ziemi, wyrosło z nich m.in. drzewo, które ścięto do zrobienia krzyża Jezusa. 
Ta legenda wpisuje się w pewien sposób w genealogie spisaną przez Łukasza Ewangelistę (zob. Łk 3, 23-38). Trafił do niej właśnie Set, co pokazuje związek między nim a Chrystusem. Jezus bez wątpienia odzwierciedlał w sobie cechy swojego przodka, Seta, ze wspomnianej legendy - jego troskliwość, mądrość i posłuszeństwo. Przede wszystkim spełnił obietnicę Boga, którą Set otrzymał w wizji, i umarł za każdego z nas. Właśnie dzięki temu mamy doskonały powód, aby podziękować dzisiaj Bogu za Jezusa tak samo, jak Ewa podziękowała za Seta. Dzisiaj jest doskonały  powód, aby powiedzieć: „Bóg dał nam wreszcie potomka, którym jest Jezus Chrystus, Zbawiciel każdego człowieka”. Tak jak jeden werset o narodzinach Seta zmienił bieg historii pierwszych rodziców i dał im nową nadzieję, tak samo jeden werset o narodzinach Jezusa zmienia bieg historii każdego żyjącego na ziemi człowieka i wlewa o wiele większą nadzieję - nadzieję na wieczność, życie bez końca w bliskości Boga; w raju, który ponownie został dla nas otwarty przez krzyż.

Niech zatem przepełniają nas wdzięczność i pamięć o tym, kim jesteśmy, a ten jeden werset o narodzinach Seta stanie się naszym osobistym doświadczeniem.

czwartek, 11 maja 2017

Ogień (cz. 1) - religijne wykorzystanie ognia



Postanowiłem podjąć ten temat, ale od razu zauważyłem, że to nie będzie takie proste. Pisać o ogniu to jak rozniecać ogień – trzeba być ostrożnym, bo może się niepostrzeżenie rozprzestrzenić. Może pomóc, ale niekontrolowany może szkodzić. Nie jest łatwo pisać o ogniu, bo zamiast dać światło, może poparzyć. Stąd też nie jest możliwe napisać jednego wyczerpującego rozważania. Będzie ich kilka, ale każde poszczególne (mam przynajmniej takie nieodparte wrażenie) będzie zaledwie iskierką tego, co można by o ogniu na podstawie Biblii powiedzieć. Liczę jednak na ogień Ducha Świętego, na ten sam ognisty język, który był nad Apostołami w Dniu Pięćdziesiątnicy, abym mógł w zrozumiałym języku przedstawić, jak patrzeć na temat ognia w Piśmie Świętym.

Pierwszym moim odkryciem na temat ognia jest to, że pierwszorzędnie powinien kojarzyć się z Bogiem, a mam wrażenie, że jest zupełnie inaczej. Zapytałem nawet kiedyś pewną osobę: „powiem tobie o jednej rzeczy, a ty spontanicznie powiedz, czy kojarzy się tobie dobrze czy źle. Zastrzegam, że najważniejsza jest twoja pierwsza reakcja – ta najbardziej spontaniczna”. Kiedy powiedziałem mu o ogniu – to reakcja była: „piekło”. Nie wiem czy twoja byłaby podobna… ciężko to sprawdzić. Możesz spróbować sobie przypomnieć ten moment, gdy czytałeś tytuł tego rozważania. Myśli spontaniczne, nasze nagłe reakcje dużo o nas mówią. Są subtelne, a przekazują ważne treści – to tak na marginesie.
Wracając jednak do ognia – powinien on naturalnie kojarzyć się z Bogiem. Dlaczego więc jest wielokrotnie zupełnie inaczej? Przypomniałem sobie wtedy słowa świętego Pawła, który napisał, że diabeł pokazuje się często jako anioł światłości. Co to znaczy? Że małpuje to co święte po to, żeby nas okłamać. Tak samo zmałpował ten symbol, który odnosi nas do Boga. Tak samo zmałpował ten żywioł, który niesie ze sobą wiele Bożych i świętych odniesień i znaczeń.
Od zawsze żywioł ognia był kojarzony z Bogiem. Nie tak jednak, jak pojmowała to filozofia grecka czy religie wschodu, nawet utożsamiając z żywiołem ognia bóstwo. Żywioł ten ma boskie pochodzenie, ponieważ Bóg jest stwórcą tego świata, ale nie jest bogiem. Ogień znalazł więc również religijne zastosowanie, które przetrwało do dzisiaj w chrześcijaństwie, ale tylko w kilku aspektach.
W judaizmie, z którego wyrasta chrześcijaństwo, ogień miał szerokie, religijne zastosowanie. Stanowiło po pierwsze narzędzie rytualnego oczyszczenia. W Księdze Liczb czytamy wskazanie od Pana Boga: „złoto, srebro, miedź, żelazo, cynę, ołów i w ogóle wszystko, czego ogień nie zniszczy, przeprowadzicie przez ogień, aby stało się czyste; ale tylko woda oczyszczenia (służy do usuwania nieczystości spowodowanej dotknięciem zwłok) usunie nieczystość. Czego zaś nie można kłaść do ognia, przeprowadzicie przez wodę” (Lb 31, 22-23). Ogień i woda – choć są wykluczającymi się żywiołami, tutaj mają podobne zastosowanie. Oba mają za zadanie oczyszczać. Ogień miał oczyszczać to, czego nie był w stanie spalić. Pewnie dlatego w chrzcie, choć zewnętrznie oczyszcza nas woda, spełniają się słowa Jana Chrzciciela: „On was chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem” (Mt 3, 11). Ogień spala ciało z wielką łatwością, ale nie jest w stanie spalić niewidzialnej duszy. Dlatego nasza dusza oczyszczona zostaje tajemniczym i niewidzialnym ogniem samego Boga. Żydzi nie mogli mieć żadnego kontaktu z tym, co zanieczyszczone. Dlatego, kiedy w ogniu oczyścili to, co wymagało oczyszczenia, mogli mieć z tym bliski kontakt. W przytoczonym fragmencie z Księgi Liczb chodziło o łup zdobyty na wojnie. Bogu chodzi o coś więcej – o nasze dusze zdobyte w walce z grzechem pierworodnym i sprawcą tego grzechu - szatanem. Dlatego oczyszcza nas tajemniczym ogniem we chrzcie, aby móc mieć z nami bliski i intymny kontakt; aby móc nas dotykać jako oczyszczone dzieci Boże – zewnętrznie przez wodę, a wewnętrznie przez Boży, niewidzialny ogień.
Żydzi – jak czytamy wielokrotnie w Piśmie Świętym – składali ofiary. Od samego początku używali do tego ognia. Ofiary były spalane na ołtarzu. Niektóre z nich nosiły nawet szczególną nazwę – „ofiary całopalne”. Składane były głównie ze zwierząt, które były spalane na ołtarzu, ale nie tylko. Tak czytamy na przykład w Księdze Kapłańskiej na temat ofiary pokarmowej: „potem przyniesie ją do kapłanów, synów Aarona. Kapłan weźmie pełną garść najczystszej mąki razem z oliwą i z całym kadzidłem i zamieni w dym na ołtarzu jako pamiątką, jako ofiarę spalaną, woń miłą Panu” (Kpł 2, 2). Ogień nie stanowi tutaj tylko zwyczajnego narzędzia. Był on bardzo symboliczny. Oznaczał między innymi Boże pragnienie zniszczenia grzechu. Wiele bowiem spośród wszystkich ofiar było składanych właśnie w tym celu – aby uprosić odpuszczenie grzechów. Ważne również było to, co ogień powodował – unosiła się przy ofierze „woń miła Panu”. To zapewne nasza ludzka próba oddania tego, że Pan Bóg reaguje na to, co mu ofiarujemy. Reaguje jak kobieta, która otrzymała pachnące kwiaty; jak piekarz wyciągający świeżo upieczony i pachnący chleb; jak solenizant cieszący się pięknie pachnącymi perfumami otrzymanymi w prezencie od przyjaciela. Bóg reaguje na woń ofiar, którą składał Mu Naród Wybrany. Choć były niedoskonałe, to były przez Niego przyjmowane… do czasu. Przyszedł bowiem moment, kiedy sam postanowił udoskonalić te wszystkie ofiary. Nie było nic takiego na ziemi, co mogłoby Boga ostatecznie zadowolić, dlatego ofiarował samego siebie w Jezusie Chrystusie. To On jest jedyną, najdoskonalszą ofiarą, która wydaje piękną woń. Bardzo głęboką interpretację podaje nam w tym względzie autor Listu do Hebrajczyków a zwłaszcza w 10. rozdziale. Nie bez powodu mówimy, że ktoś spala się dla innych, to znaczy poświęca się, oddaje do pełnej dyspozycji całego siebie. Jezus spalił się na krzyżu. Pozwolił na to, by pochłonął go ogień pokonujący w nas panowanie grzechu i śmierci.
Oprócz odpuszczania grzechów ogień spalający ofiarę miał również wymiar oczyszczający. Mistyczną wizją, o której czytamy u proroka Izajasza, dostrzegamy go bardzo klarownie: „Wówczas przyleciał do mnie jeden z serafinów, trzymając w ręce węgiel, który szczypcami wziął z ołtarza. Dotknął nim ust moich i rzekł: «Oto dotknęło to twoich warg, twoja wina jest zmazana, zgładzony twój grzech»” (Iz 6, 6-7). Mamy tutaj oczywiście odniesienie do tego, o czym napisałem wyżej. Jednak reakcja anioła wynikła z tego, że Izajasz powiedział o sobie: „Biada mi! Jestem zgubiony! Wszak jestem mężem o nieczystych wargach (…)” (Iz 6, 5). Anioł oczyszcza jego wargi węglem, który niósł w szczypcach z ołtarza. Skoro w szczypcach to musiał być rozżarzony. Skoro był rozżarzony, to właśnie przez ogień. Anioł uczynił to po to, aby przekazywał słowa Boże i dlatego potem na Izajasz odpowiada na prośbę Pana Boga, który potrzebuje posłać do grzesznego ludu jakiegoś proroka.
Powróćmy jeszcze na chwilę do owej przyjemnej woni, którą ofiara miała powodować Bożą przychylność. Nie o zapach tutaj tylko chodzi. Podczas spalania unosił się również w efekcie dym. Jego ruch ku górze – to symbol modlitw, które ludzie zanosili do nieba, gdzie przebywał Pan Bóg. Tak jak napisał w swojej mistycznej wizji święty Jan Apostoł: „I wzniósł się dym kadzideł z modlitwami świętych - z ręki anioła przed Boga” (Ap 8, 4). Dym z kadzidła wydobywał się z powodu ognia, który spalał węgle i ten dym wznosił się. Dochodzi tam, gdzie my jeszcze dojść nie możemy. Tego symbolu używamy do dzisiaj w naszych kościołach. Za każdym razem, gdy używane jest kadzidło, to wyczuwalny jest zapach i widoczny dym. Co prawda nieraz dym powoduje zawroty głowy, kaszel i inne nieprzyjemności. Pozostaje jednak bardzo wymownym symbolem naszej modlitwy. Symbolem, który oddziałuje na nasze zmysły. Dlatego jest on bardzo istotny i pomocny w przeżywaniu każdej liturgii i wspólnej modlitwy. Dlatego okadzany jest Najświętszy Sakrament, ołtarz, Ewangeliarz, krzyż, kapłan i cały lud. To symbol modlitwy i adoracyjnej czci, jaką pragniemy wyrazić Bogu widzialny i biblijny sposób.
Izraelici otrzymali jeszcze od Boga bardzo ważne wskazanie dotyczące ognia, którym spalano ofiary. Nie był to ogień taki, jak każdy. Ten ogień płonący na ołtarzu był święty. Dlatego też Bóg nakazał: „Ogień nieustanny będzie płonął na ołtarzu – nigdy nie wygaśnie!” (Kpł 6, 2-6). O ten ogień mieli troszczyć się kapłani. Mieli zadbać, aby nigdy nie wygasł. Dlaczego? Ten ogień stanowił dla Narodu Wybranego inny, bardzo ważny znak – Bożej obecności w Izraelu. O tę obecność trzeba dbać, aby nie wygasła! Zewnętrznym wyrazem tej troski była opieka nad świętym ogniem płonącym na ołtarzu ofiarniczym. Z pewnością dlatego współcześnie w kościołach katolickich znajdujemy tzw. wieczną lampkę. Zanim rozwinęła się technika elektryczna, przy tabernakulach stawiano świece albo lampki oliwne. Trzeba było również dbać o to, aby nie zgasły, ponieważ dawały sygnał wszystkim przebywającym w świątyni – pośród nas jest Bóg, to jest święta przestrzeń!
Jest jedna misyjna historia oblacka, która opisuję pracę misjonarską wśród Eskimosów na północy Kanady. Jeden z misjonarzy napisał prośbę do papieża, aby zwolnił ich z obowiązku wiecznej lampki przy Najświętszym Sakramencie. Prawo kościelne bardzo pilnowało tego obowiązku. Papież jednak zezwolił na to, ponieważ w liście misjonarz napisał z wielką wrażliwością, że bez Jezusa w Najświętszym Sakramencie oni po prostu nie dadzą rady wytrzymać na misjach. Z symbolem ognia czy bez niego – to Jezus w Najświętszym Sakramencie był dla nich najważniejszy i Jego chcieli mieć przy sobie.
Ten ogień to faktycznie symbol, ale bardzo wymowny. Stąd też warto na niego zwracać szczególną uwagę, aby uświadamiać sobie Bożą obecność. Ważniejsze jest jednak coś innego! Ważniejsze jest to, aby ogień Bożej obecności płonął na ołtarzu naszego życia. Nieważne czy jesteśmy blisko wiecznej lampki, płonącej przy tabernakulum, czy też nie. Ważne jest czy we mnie jest ogień Bożej obecności; czy nie jest przygaszony przez złe nawyki, zaniedbania i grzechy; czy czasem już zaczyna się ledwo tlić, aby w efekcie niebawem zgasnąć. O ten ogień trzeba nam troszczyć się ze szczególną wrażliwością, bo bez tego nie wytrwamy w wierze, nadziei i miłości.
Jak wspomniałem na początku ogień powinien nam się kojarzyć z Bogiem. Tymczasem ten piękny i wymowny symbol, wykorzystywany w religijności od dawna, został przez szatana zmałpowany. Ujawniło się to już pośród Izraelitów w tzw. kulcie bożka Molocha. Nazwa tego bożka pochodzi z języka hebrajskiego i oznacza król. To nim wielokrotnie Izraelici zastępowali jedynego Boga, który wyprowadził ich z ziemi egipskiej. Nawet królowie izraelscy, którzy mieli czuwać nad wiarą Narodu Wybranego, składali ofiary Molochowi (np. król Achaz czy też Manasses – 2Krl 16, 3; 2Krl 21, 6). Ten kult miał ohydną formę wyrazu. Otóż składano w ofierze własne dzieci. Były dwa prawdopodobne sposoby ofiary: pierwszy - rozgrzewano posąg przedstawiający Molocha (najprawdopodobniej postać byka zmieszana z człowiekiem) do czerwoności i na dłoniach kładziono noworodki lub małe dzieci, aby na nich spłonęły. Drugi – był specjalny ołtarz, na którym płonął ogień i kładziono na ten ołtarz dzieci w ofierze. Samo wyobrażenie budzi wstręt i niedowierzanie, ale człowiek był do tego zdolny i tak podaje Pismo Święte w przytoczonych wyżej fragmentach dotyczących Achaza lub Manassesa. Opisuje się tę ofiarę dość eufemistycznie podając sformułowanie „przejście przez ogień”. Rzeczywistość była jednak bardziej brutalna. Dlatego też prawo Izraela surowo tego zabraniało: „Nie będziesz dawał swego dziecka, aby było przeprowadzone przez ogień dla Molocha, nie będziesz w ten sposób bezcześcił imienia Boga swojego. Ja jestem Pan!” (Kpł 18, 21; Pwt 18, 10). Karą za kult Molocha była śmierć przez ukamienowanie (Kpł 20, 2). Jeremiasz przekazuje słowa od Pana Boga, że nigdy nie nakazał takiego kultu ani nawet Mu na myśl nie przyszło, aby Izraelici wrzucali do ofiarnego ognia własne dzieci (zob. Jr 7, 31). Dlatego też jeden z królów Izraelskich, Jozjasz przerwał w końcu ten haniebny ciąg i zniszczył miejsce, gdzie takie ofiary były składane (2Krl 23, 10).
Opowiedziałem jednemu ze współbraci o tym, co napisałem powyżej. Stwierdził wtedy, że czasem widzi subtelne przedłużenie kultu Molocha pośród ludzi, nawet wierzących. Trudno się nie zgodzić z tym, co powiedział. Może nie spalamy naszych własnych dzieci w ogniu. Za to dużo rodziców ofiaruje swoje dzieci na ołtarzach sukcesu. Planują przyszłość za swoje dzieci, nie dają im nawet czasem minimum wolności. Podciągają to wszystko pod miłość rodzicielską, która jednak okazuje się ścianą ognia, która jest nie do przejścia. Potrafią to pragnienie rozpalić do takiej czerwoności, że dziecko wybiera opcję rodzicielską i to staje się często powodem wielu życiowych nieszczęść. Obejmuje to naukę, studia, kierunek specjalizacji, pracę, nawet związki małżeńskie czy też ilość dzieci w następnym pokoleniu. Tacy rodzice nie zauważają nawet, jak ich dziecko staje się coraz bardziej poparzone pseudo-miłością. Pan Bóg obchodzi się ze swoimi dziećmi zupełnie inaczej. Ma dla nas zaplanowaną najlepszą przyszłość, ale nie realizuje jej za nas. Daje nam wolność, bezpieczeństwo i prawdziwą czułość. W miłości Boga nie ma krzty chęci zniewolenia czy też jakiejkolwiek formy presji. Warto spojrzeć szeroko na ten problem, aby nie dać okazji szatanowi do mieszania w relacjach do naszych najbliższych. Natomiast warto też naśladować Boga, który ciągle nas kocha i daje kolejną szansę. On jeden ma moc rozpalić w nas na nowo swój ogień! Co więcej – On tego bardzo mocno pragnie! Napisał przecież prorok Izajasz o Słudze Sprawiedliwym (w którym widzimy Mesjasza – Jezusa), że nie dogasi nikłego płomyka (zob. Iz 42, 3). Skoro nie dogasi, to znaczy, że będzie ochraniał, rozpali na nowo, zatroszczy się o niego.

Jak łatwo się zorientować, płomień tego rozważania jest dość szeroki i niełatwo go opanować. Dlatego też, póki co, niech tyle wystarczy w tej części. Religijne wykorzystanie ognia było bardzo szerokie. Takie pozostaje do dzisiaj zarówno w wymiarze zewnętrznym – liturgicznym, ale też religijnym wymiarze wewnętrznym – naszej osobistej relacji z Bogiem. Niech ogień płonie i na zewnątrz i w środku wielkim, pięknym płomieniem!

czwartek, 22 grudnia 2016

MIECZ W BIBLII



1.    Wstęp

Miecz stanowił podstawową broń, wykorzystywaną w starożytności na Bliskim Wschodzie i w świecie grecko-rzymskim. Miał długość od 40 cm do prawie 1 m, jedno- lub obosieczny. Przez całą Biblię miecz przewija się od początku do końca. To słowo pojawia się 472 razy, w większości w znaczeniu dosłownym. Pozostają jednak ważne miejsca, w których miecz ma znaczenie symboliczne i odsłaniające głębszą rzeczywistość. Przez te miejsca chcemy pokrótce przejść.

2.    Symbol rozstania

Po raz pierwszy miecz pojawia się w bardzo smutnych okolicznościach. Po wygnaniu Adama i Ewy z Raju napotykamy w Księdze Rodzaju takie słowa: „Po czym Pan Bóg rzekł: «Oto człowiek stał się taki jak My: zna dobro i zło; niechaj teraz nie wyciągnie przypadkiem ręki, aby zerwać owoc także z drzewa życia, zjeść go i żyć na wieki». Dlatego Pan Bóg wydalił go z ogrodu Eden, aby uprawiał tę ziemię, z której został wzięty. Wygnawszy zaś człowieka, Bóg postawił przed ogrodem Eden cherubów i połyskujące ostrze miecza, aby strzec drogi do drzewa życia” (Rdz 3, 22-24). W tym miejscu zarówno cheruby jak i połyskujące ostrze miecza są symbolem wywodzącym się z kręgów mezopotamskich. Oznaczają przede wszystkim rozstanie, oddzielenie ludzi od Boga z powodu grzechu oraz bezwzględną niemożność powrotu o własnych siłach do stanu rajskiego.

3.    Symbol wojny

Miecz najszybciej kojarzy nam się z wojną. Stąd też jest również symbolem wojny i wezwaniem do walki. W 2 Księdze Machabejskiej Juda, przed walką z Nikanorem, opowiada swoim żołnierzom ważny sen. Spotkał w nim proroka Jeremiasza, który wręczył mu miecz, mówiąc: „Weź święty miecz, dar od Boga, przy jego pomocy pokonasz nieprzyjaciół” (2 Mch 15, 16). Dzięki temu przemówieniu, wojsko Izraela nabrało odwagi,  pokonało wojsko Nikanora i mogło cieszyć się ze zwycięstwa. Walczyli bowiem wtedy w obronie religijnej i państwowej tożsamości. Próbowano Żydom, mieszkającym w Syrii, narzucić wtedy kulturę pogańską. Dlatego też stanęli do walki i chwycili za miecz.

4.    Symbol kary

Nie zawsze jednak chwycenie za miecz oznaczało pomyślność dla Narodu Wybranego. Były bowiem takie momenty w historii Izraela, kiedy odstępowali od tego, co nakazywał im Pan Bóg. Kiedy więc w tekstach biblijnych miecz pojawiał się w rękach Pana Boga, raczej to nie oznaczało pomyślności i błogosławieństwa. Wręcz przeciwnie – oznaczało nadchodzącą karę z powodu odstąpienia od Boga. U proroka Ezechiela Pan Bóg zapowiada: „oto sprowadzę na was miecz i zniszczę wasze wyżyny” (Ez 6, 3). Kara wyrażona symboliką miecza odwołuje do gniewu Bożego, który spada na grzeszników. Dlatego też Izajasz zapisuje: „miecz Pana spłynął krwią” (Iz 34, 6). W podanym fragmencie kara dotyczyła Edomitów, potomków Ezawa, brata Jakuba. Jeremiasz poprzez symbolikę miecza pokazuje, że nikt nie uniknie kary, gdy Pan Bóg zsyła ją na ludzi: „miecz Pana pożera; od końca do końca kraju żaden z ludzi nie zażywa pokoju” (Jr 12, 12). Prorockie zapowiedzi dopełnia nowotestamentowy obraz z Apokalipsy, gdzie z ust Jezusa „wychodzi ostry miecz, by nim uderzyć narody” (Ap 19, 15). To odnosi nas do Sądu Ostatecznego i kary, jaka z nim nadejdzie dla tych, którzy odrzucili Boga. Dlatego w słowie Bożym słyszymy ostrzeżenie: „jeśli się kto nie nawróci, miecz swój On (tj. Pan Bóg) wyostrzy” (Ps 7, 13).

5.    Symbol złej mowy

Czesław Niemen śpiewał: „Dziwny ten świat, świat ludzkich spraw, czasem aż wstyd przyznać się. A jednak często jest, że ktoś słowem złym zabija tak, jak nożem”. Podobnie spogląda na ten problem Biblia. Natchnieni autorzy Psalmów stwierdzają, że język ludzi złych jest ostry jak miecz (por. Ps 57, 5) i ostrzą go przeciw tym, który chcą być wierni Bogu i Jego prawu (por. Ps 64, 4). Jedno z przysłów biblijnych podaje: „nierozważnie mówić – to ranić jak mieczem” (Prz 12, 18). Syrach jednak rozciąga ten problem poza sferę języka przestrzegając: „Każde przekroczenie Prawa jest jak miecz obosieczny, a na ranę przez nie zadaną nie ma lekarstwa” (Syr 21, 3). To prawda – w czasach, gdy to pisał, nie było lekarstwa na te rany. Przyniósł je dopiero Mesjasz, który również posługiwał i posługuje się „mieczem”, ale w zupełnie inny, jakościowo lepszy, sposób!

6.    Broń Chrystusa

W jednym z Psalmów mesjańskich pojawia się zdanie: „Bohaterze, przypasz do biodra swój miecz, swą chlubę i ozdobę! Szczęśliwie wstąp na rydwan w obronie wiary, pokory i sprawiedliwości, a prawica twoja niech ci wskaże wielkie czyny!” (Ps 45, 4-5). Istotnie Jezus przyszedł w obronie prawdziwej wiary w Boga i wiary Bogu. Stanął w obronie pokory samemu stając się prawdziwie pokornym i posłusznym aż do śmierci krzyżowej (por. Flp 2, 8). Stanął w obronie sprawiedliwości jako jedyny prawdziwie Sprawiedliwy, ponieważ był wolny od grzechu. Dzięki swojej sprawiedliwości usprawiedliwił nas wszystkich, dzięki czemu połyskujące ostrze miecza zamykające raj (por, Rdz 3, 24) zostało ściągnięte, a droga do nieba otwarta. Jezus od dosłownego używania miecza stronił, choć może się wydawać, że raz dał na to przyzwolenie (zob. Łk 22, 35-38). Ostatecznie jednak nie pozwolił uczniom na użycie miecza, nawet w Jego obronie w Getsemani (zob. Mt 26, 51-54; Łk 22, 49-51; J 18, 10-11), bo „kto za miecz chwyta, od miecza ginie” (por. Mt 26, 52). Jezus w swoim nauczaniu stwierdza, że nie przyszedł przynieść pokoju, ale miecz (Mt 10, 34). Jego nauka spowoduje podziały między ludźmi, nawet w rodzinach. Jedni bowiem uwierzą, a drudzy nie. Co zatem ostatecznie jest bronią Jezusa? Nie jest to bowiem miecz w sensie dosłownym. Podziałów miedzy ludźmi Jezus również nie wykorzystuje jako swojej mesjańskiej broni. Tą bronią; tym mieczem jest słowo, które wychodzi z Jego ust; Dobra Nowina, którą głosi każdemu człowiekowi!

7.    Symbol słowa Bożego

Miecz może służyć do złych rzeczy, ale również może zostać wykorzystany do dobra, np. do obrony własnego czy też czyjegoś życia. Do nas może bardziej przemawiać tutaj raczej obraz noża, którym możemy albo pokroić chleb albo zranić drugą osobę. Możemy nóż wykorzystać dobrze albo źle. Podobnie i z mieczem. Jezus wykorzystuje miecz słowa Bożego dla dobra człowieka; dla dobra każdego z nas. Już w Starym Testamencie pojawia się ten pozytywny wymiar miecza. Pan Bóg sprawia przede wszystkim, że każde słowo prorockie jest przenikliwe. Izajasz stwierdza: „ostrym mieczem uczynił me usta” (Iz 49, 2). Słowo Boga przekazywane przez proroków również jest jak miecz. Różni się ono od podstępnych i kłamliwych słów ludzkich, o których wspominają Psalmiści (Ps 57, 5; 64, 4). Słowo Boga ma moc sprawić, że człowiek dotrze do prawdy o Bogu, prawdy o sobie i prawdy o bliźnim. Dlatego właśnie w Liście do Hebrajczyków zawarte jest to przejmujące zdanie: „Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca.  Nie ma stworzenia, które by było przed Nim niewidzialne, przeciwnie, wszystko odkryte i odsłonięte jest przed oczami Tego, któremu musimy zdać rachunek” (Hbr 4, 12-13). To słowo wychodzi z ust Jezusa, co odsłania przed nami Apostoł Jan w Apokalipsie: „I obróciłem się, by widzieć, co za głos do mnie mówił; a obróciwszy się, ujrzałem siedem złotych świeczników, i pośród świeczników kogoś podobnego do Syna Człowieczego, obleczonego [w szatę] do stóp i przepasanego na piersiach złotym pasem. (…) W prawej swej ręce miał siedem gwiazd i z Jego ust wychodził miecz obosieczny, ostry” (Ap 1, 12-13. 16; zob. też Ap 2, 12). Jezus posługuje się słowem Bożym, jak mieczem, aby nas uratować przed śmiercią i obronić przed grzechem. Stąd w liście do Efezjan znajdujemy wyraźne wskazanie, aby uzbroić się w słowo Boże: „weźcie też hełm zbawienia i miecz Ducha, to jest słowo Boże” (Ef 6, 17). W całej zbroi Bożej tylko miecz słowa Bożego jest narzędziem ofensywnym; tylko nim możemy skutecznie kontratakować Złego, który posyła w naszą stronę rozżarzone pociski (por. Ef 6, 16). Również i w tym przypadku najlepszy przykład daje nam Jezus, szczególnie podczas kuszenia na pustyni. Jedyną odpowiedzią na wszelkie pokusy Szatana jest w ustach Jezusa słowo Boże (zob. Mt 4, 1-11; Łk 4, 1-13). Zatem ta skuteczna broń w rękach Jezusa, jaką jest miecz słowa Bożego, może być skuteczna również i w życiu człowieka, jeśli pozwoli temu słowu przeniknąć całe swoje życie bez żadnych zastrzeżeń. 

8.    Zakończenie

Kiedy prześledzimy całą Biblię, to widzimy wyraźne, jak bogatą symbolikę zawiera w sobie miecz. Z tych wszystkich treści płynie jednak do naszego życia bardzo konkretne przesłanie: „dobrze korzystaj z miecza!” Przede wszystkim widzimy powód do wielkiej wdzięczności za to, że Pan Bóg ściągnął połyskujący miecz z rajskiej bramy. Dokonał tego Jezus Chrystus, za co należy Mu się uwielbienie! Dociera jednak do nas również przestroga, abyśmy z własnej winy otwartego dla nas raju nie utracili. Dlatego jesteśmy wezwani do podjęcia walki o lepsze życie; do wypowiedzenia wojny grzechowi – jednak tylko i wyłącznie pod dowództwem Jezusa, który jako nasz Mesjasz występuje do walki w obronie wiary, pokory i sprawiedliwości. Ta walka jest do wygrania, jeśli tylko utrzymamy w naszym ręku miecz słowa Bożego i dobrze z niego będziemy korzystać podczas różnego rodzaju starć ze złym duchem. Podczas tych różnych walk ważna będzie również konkretna musztra, zwłaszcza jeśli chodzi o dobre korzystanie z naszego języka, aby pozostał gładki, a nie ostry i raniący drugiego człowieka. Na takiej drodze jest dla nas nadzieja, że unikniemy kary i osiągniemy zbawienie, które wysłużył i wygrał dla nas najdzielniejszy z wojowników całego wszechświata, czyli Jezus Chrystus!

sobota, 5 listopada 2016

GłośnA Była krEw na poLu

Historia Abla jest krótka, szczególna i bardzo smutna. Krótka, bo mieści się w jednym rozdziale Księgi Rodzaju. Szczególna, bo jego imię, postać i historia przywołana jest jeszcze niejeden raz na kartach Biblii. Smutna, bo został zabity przez własnego brata. 
Żadne jego słowo nie zostało nam przekazane. Wiemy, że był pasterzem i że był hojny względem Boga. W przeciwieństwie do swojego brata, ofiarował Bogu pierwociny z tego, co wyhodował. Dawał Bogu to, co pierwsze, choć on sam traktowany jest jako drugi. 
Faktycznie - był drugim synem Adama i Ewy. Jednak po jego narodzinach nie ma żadnej wzmianki o tym, żeby rodzice jakoś zareagowali. Kiedy urodził się Kain, Ewa powiedziała: "otrzymałam mężczyznę od Pana" (Rdz 4, 1). W drugim wersecie rodzi się drugi syn, a reakcji żadnej. Nawet jego imię znaczy: „marność”, „kruchość”, „wątłość”, „znikomość”, „pozór”. Może właśnie tak traktowali go rodzice? Jako marne dziecko, kruche... takie, jakby go w ogóle nie było. 
Tym bardziej zadziwiająca jest hojność i sprawiedliwość Abla, który Bogu oddaje to, co pierwsze. Co więcej, ta ofiara zostaje przyjęta przez Boga. To znaczy, że Bóg drugiego Abla docenia. Dla Boga Abel nie jest drugi, ale pierwszy. Ten słabszy, kruchy, wątły chłopak jest w oczach Boga ważny. 
Może to wątłość i kruchość Abla sprawiła, że nie zdołał się obronić przed bratem? Nie wiemy. Dowiadujemy się jednak, że głośno zaczęła wołać jego krew (Rdz 4, 10). Ten krzyk usłyszał Pan Bóg, który wymierzył sprawiedliwość zabójcy i zarazem okazał mu miłosierdzie (o czym napisałem w poprzednim rozważaniu). Można po całej sytuacji bratobójstwa dojść jednak do wniosku, że ten krzyk nie został wysłuchany, ponieważ Kain został oszczędzony. Krzyk krwi Abla domagał się sprawiedliwości. Sprawiedliwości za popełnione zło. Sprawiedliwości w myśl ówcześnie panujących wtedy zasad: oko za oko. To był niedoskonały krzyk, choć uznamy go raczej za uzasadniony. 
Historia kończy się smutno, bo nie ma natychmiastowego rozwiązania. Okazuje się jednak, że krzyk Abla był potrzebny w historii zbawienia. Chociaż niedoskonały, był potrzebny. Zapowiadał on inną krew, która też niesprawiedliwie została przelana. Zapowiadał on inną krew, która zawołała do Boga, ale już w zupełnie inny sposób. 
W Liście do Hebrajczyków czytamy: "Przystąpiliście (...) do Pośrednika Nowego Testamentu - Jezusa, do pokropienia krwią, która przemawia mocniej niż [krew] Abla" (Hbr 12, 24). Krew Abla zapowiadała krew Jezusa, który na krzyżu wyglądał marnie; którego uznano za kruchego, wątłego, znikomego... nic nie znaczącego. Bóg jednak usłyszał wołanie krwi Jezusa, ponieważ ono było doskonałe. Było to bowiem wołanie nie o sprawiedliwość - bo nikt z nas by już nie żył i nie powstało by to rozważanie - ale o miłosierdzie. Jezusa zabiły nasze grzechy. Moje i twoje również. On tymczasem zawołał do swojego Ojca o miłosierdzie dla nas i całego świata. Ofiarował Bogu, tak jak Abel, to, co miał najbardziej pierwsze, to znaczy swoje życie. Ta ofiara, jak ofiara Abla została przyjęta. 
Głośna była krew na polu. Głośniejsza jednak była krew na krzyżu. Była i jest ta Krew doskonalsza, mocniejsza, skuteczniejsza. Krew Jezusa przynosi nam aż do teraz ratunek i wolność od niewoli grzechu. Dzięki niej Abel jest już z pewnością pośród zbawionych i czeka tam na każdego z nas... jego historia jest krótka, szczególna i bardzo smutna. Stała się jednak zapowiedzią Mesjasza, który ma moc przemienić historię każdego z nas. 

poniedziałek, 17 października 2016

pyszna koKAINa

Kain - pierwszy potomek Adama i Ewy. Był pierwszy i ciągle czuł się pierwszy. Widać już pierwsze efekty grzechu pierworodnego rodziców. Pojawia się w człowieku skłonność do grzechu. Kain się jej nie przeciwstawił. Wręcz przeciwnie - pielęgnował. Próbował również to poczucie pierwszeństwa pogodzić ze składaniem ofiar Panu Bogu. Nie udało się, bo nie mogło się udać. Kain nie chciał dać Bogu pierwszych plonów ziemi. Jego brat natomiast dał to, co miał pierwszego. Pycha Kaina sprawiła, że nie dał tego, co pierwsze. Zachował to dla siebie, bo sam był dla siebie najważniejszy. Imię Kain jest zbliżone do słowa qanah, co znaczy "nabywać", "otrzymywać". Mimo, że Kain u początku był darem Boga, nabytym i pokochanym przez swoich rodziców, to jednak potem swoje życie skoncentrował jedynie na nabywaniu. Pycha okazała się narkotykiem, od którego szybko się uzależnił. Nie pomagało mu nawet to, że Pan Bóg do Niego mówił bezpośrednio (zob. Rdz 4, 6)! Pyszny narkotyk siał spustoszenie w życiu Kaina. Poprowadził go do zazdrości, sporu, bratobójstwa i totalnej znieczulicy. Smutna jest historia pierworodnego Adama i Ewy.
Czy jest coś większego niż pycha Kaina? Tak! Boże miłosierdzie! Ze zdziwieniem słuchałem kiedyś biskupa Grzegorza Rysia, który powiedział, że pierwsza historia o Bożym miłosierdziu to właśnie historia Kaina. Jednak tak jest naprawdę! Kain po zabójstwie brata dowiaduje się, że za karę będzie na ziemi tułaczem i zbiegiem. Zaraz jednak po tych słowach Bóg mówi, że ktokolwiek by zabił Kaina, poniesie siedmiokrotną (tj. nieskończenie) większą karę. Bóg ukarał Kaina, ale też okazał mu łaskę, bo zachował go przy życiu. Dał mu szansę na nawrócenie. Dlaczego? Bo miłosierdzie Boga jest większe niż ludzka pycha.
Nie wiemy, jak Kain skorzystał z okazanego mu miłosierdzia... możemy natomiast zastanowić się, jak my korzystamy z okazywanego nam nieustannie miłosierdzia. Żadna ustawa antynarkotykowa nie jest wstanie ochronić nas przed narkotykiem pychy! Ciągle jest na wyciągnięcie ręki z powodu naszej osłabionej natury, podatnej na grzech. Wielu ludzi dało się uzależnić do pychy, smakuje jej chętnie i często. Ona rodzi kolejne słabości, grzechy, upadki...
Nie pozwólmy uzależnić się od pychy! Nie próbujmy też udawać, że to nas nie dotyczy. To najczęściej zdradza, że mamy z tym problem. Może nam nawet wtedy nie pomóc nawet to, że Pan Bóg przemówi do nas bezpośrednio - to nie podziałało w życiu Kaina. Uwolnić z tego uzależnienia może jedynie Pan Bóg, który w Jezusie Chrystusie stał się pokornym sługą. Przez krzyż pokonał również panowanie ducha pychy, który raz po raz próbuje jeszcze zbierać żniwo w sercach ludzkich. Pozwól Jezusowi, aby zwyciężył dzisiaj w tobie ducha pychy! W jednym z Psalmów natchniony autor prosi: "Także od pychy broń swojego sługę, niech nie panuje nade mną! Wtedy będę bez skazy i wolny od wielkiego występku" (Ps 19, 14). Wolność od pychy stawia nas krok od nieskazitelności, czyli świętości, doskonałej czystości. Możemy ją osiągnąć, gdy żyjemy w prawdzie o sobie i w bliskości z Bogiem, który ogarnia nas swoim miłosierdziem.
Historia Kaina jest smutna, ale twoja i moja taka być nie musi...

sobota, 30 lipca 2016

ProtoEWAngelia

W zasadzie to wyprzedziłem w ostatnim rozważaniu teologię chrześcijańską... według niej pierwszą Ewangelią jest zapowiedź ostatecznego zwycięstwa dobra nad złem, która zawarta jest właśnie w Księdze Rodzaju. Słyszy ją wąż po tym, jak udało mu się doprowadzić ludzi do grzechu. Przysłuchują się temu również Adam i Ewa. 
"Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie i niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę" (Rdz 3, 15).
To właśnie Ewa wdała się w ten dialog, który doprowadził do upadku. Bóg jednak nawet z błędu i grzechu człowieka potrafi wyprowadzić dobro. Nie znaczy to, że nic złego się nie stało. Adam i Ewa poczuli konsekwencje grzechu, zobaczyli swoją nagość, stracili raj, ale nie utracili nadziei. Sam Bóg ją w nich zachował. 
Z potomstwa Ewy wyszedł w kulminacyjnym momencie dziejów Jezus Chrystus. To On zmiażdżył głowę szatana przez swoją śmierć i zmartwychwstanie! To On jest spełnieniem nadziei zachowanej przez Boga.  
Czyż to nie jest fascynujące, że ta walka dobra ze złem jest już przesądzona? Jakaż to wielka nadzieja dla mnie, kiedy pomyślę, że mój upadek to nie przegrana wojna, ale tylko bitwa. Oczywiście, to nie sprawia, że mogę spocząć na laurach. Wróg ciągle oblega moje serce i nie spocznie do końca. Ja jednak, będą w bliskiej więzi z Ojcem, nie muszę się bać. Kiedy staję do walki, ubrany w zbroję Bożą, mając po prawicy przyjaciela Jezusa, Syna Króla Niebieskiego, mogę być pewien zwycięstwa. A nawet kiedy ja upadnę w walce, On stoi nadal i broni mnie własnym ciałem do momentu aż znów wstanę do dalszej walki. 
Bóg przynosi w tym jednym zdaniu motywację do tego, aby powstawać. Myślę, że nie bez przyczyny też dane mi jest to pisać w dniu, kiedy się wyspowiadałem. To moment kluczowy, gdy Bóg podnosi mnie i dodaje na nowo motywacji do działania, do miłości i do wiary w ostateczne zwycięstwo. 
Przyglądam się wielu ludziom i słucham, jak dzielą się swoimi przegranymi. Smuci mnie, że wielu z nich nie widzi, jak wielka walka toczy się o ich życie. Zastanawia mnie, jak to się stało, że wielu uwierzyło w ostateczną przegraną? Martwi mnie, że jeszcze dla tak wielu ta walka o ich życie jest obojętna. Pozwalają przez to, aby przeciwnik miażdżył więcej niż piętę w ich życiu. 
To jednak wyzwanie dla nas, którzy wiemy, że w mocy Chrystusa możemy miażdżyć głowę węża. Tym bardziej, w świadomości tego, kim jesteśmy, powinniśmy wychodzić na front i podnosić upadłych w walce. Tym bardziej, stąpając po wężach i skorpionach, powinniśmy iść do ludzi pozbawionych nadziei i wlewać ją na nowo w serca, przypominając, że Jezus już ostateczną walkę zwyciężył za nas.
 Ewa usłyszała protoEWAngelię. Dzięki niej dotarła ona również do mnie i do ciebie. W Bogu już jesteśmy zwycięzcami! A zatem, do walki!